ŁUK KARPAT 2017

Przełęcz Tamasului - Bâlea Lac

     Moja druga wycieczka na Łuku Dominika zaczęła się od ulokowania depozytów w Bâlea Lac i na Przełęczy Lerescu. Bâlea Lac to dolina na wysokości ok. 2000 m, przez którą prowadzi przebita przez Ceausescu Trasa Transfogaraska. Zupełny surreal. Serpentyny tworzą wyjątkowy walor widokowy i nic poza tym. Samochody ciężarowe mają tam zakaz wjazdu ze względu na podjazdy i zakręty o 180 stopni. Nad drogą sporo dobudowanych betonowych dachów osłaniających przed staczającymi się kamieniami i malowniczo spływającymi strumieniami. I wszystko to po to, by dzień w dzień wywozić kilka tysięcy turystów stwarzając im unikatowe warunki zadeptania dziewiczej onegdaj przyrody otaczającej piękny staw, wypełniony obecnie zieloną zupą.
     Utknąłem w korku dwa kilometry przed doliną, ale szczęśliwie znalazłem kawałek rowu pod skałą, gdzie mogłem porzucić samochód. Wchodzę w dolinę, a tam jeden hotel i jedno schronisko. W obu miejscach nie chcą, bym im zostawiał depozyt. Wokoło dzikie tłumy i nie ma szans na zrzucenie i zamaskowanie prowiantu gdzieś na uboczu. Załamka. Na szczęście udaje mi się dostać do budynku remontowanej kolejki gondolowej, a tam ucieszyli się, że mogą pomóc.
     Następny dzień chcę podjechać samochodem jak najbliżej przełęczy Lerescu, ale niestety 5 km wcześniej - szlaban z kłódką. Na szlabanie ołówkiem informacja, ale rumuńskiego nie znam. Rozglądam się, rozmawiam z ludźmi z kempingu i po pewnym czasie dwóch z nich podprowadza do mnie kompletnie pijanego dziadka-klucznika. Sam nie ustoi, rozumiem go równie trudno ja, jak i pozostali, ale jedno jest jasne, że klucza za darmo nie da.
     Droga otwarta i - licząc w obie strony - mam 10 km taszczenia po beznadziejnie płaskim terenie mniej. Jadę trochę na intuicję, starając się dopasować przestrzeń do zapamiętanej mapy. Na oznaczenia szlaku nie do końca można liczyć, bo czerwony szlak co prawda jest wyraźnie oznaczony, ale ma… kilka odbić w lewo (!) i trzeba trafić na to właściwe. Jak to w Rumunii. Gdy wracam szlaban znowu zamknięty. A więc dziadek. Tym razem już tylko leży. W baraczku. Ale bez klucza. Nie wiadomo gdzie jest. I niewiele mi pomaga, że już rozumiem jego behawioralny rumuński. W końcu olśnienie - daje mi młotek i tłumaczy, że to jest klucz, że kosztuje tyle, co nowa kłódka. I pewnie dokładnie tyle co następna wódka. Jak będziecie tam w przyszłości, nie dawajcie dziadkowi ani lei, bo to nie ma sensu.
     Wieczorem w Predealu, skąd wycieczkę opisał doskonale Darek - Chans. Z Darkiem rozstaliśmy się na przełęczy Lerescu, wrócił do Krzysia, a my z Dominikiem poszliśmy dalej - w cudne Fogarasze. Nie braiśmy na ten odcinek namiotu, więc na trzy noce byliśmy zdani na refugia.
     Pierwsze: Berevorescu. To najbardziej malownicze miejsce, w jakim kiedykolwiek spałem. Coś na kształt przytulnego bunkra z przerdzewiałej blachy odsłaniającej licznymi pęknięciami i rozpruciami dalekie widoki na wszystkie strony świata. Najbardziej jednak wzruszające były miłe pamiątki, jakimi wypełnili przytułek wędrowcy, który byli wcześniej. Każda butelka, puszka, torebka i wiele innych, czasem wymykających się identyfikacji rzeczy niegdyś użytkowych, stanowiły świadectwo jakiejś upojnej spędzonej tu nocy. I ten jakże gościnny kawałek betonu, jaki dało się odsłonić i umościć na nim legowisko!
     Drugie refugium (Urlea) to była kapsuła zrzucona na skaliste terytorium otoczone przyjaznymi źródłami z szumem wodospadu w oddali. Wynurzało się z niego otwierając pięciokątną klapę. A na zewnątrz zaczynało padać. I tak już lało i wiało z różnym nasyceniem do wieczora. Tak więc dochodząc do trzeciego refugium - murowanego schronu na przełęczy Portica Visztei - osiągnęliśmy stan pełnej satysfakcji. Namoczeni, wychłodzeni wiatrem i temperaturą niewiele ponad zero otwieramy drzwi i okazuje się, że w sali jest komplet i nikt na nas tu nie czekał. Jedyne miejsca jakie zostały do spania to stół długości metr dwadzieścia i ława szerokości trzydzieści cm. Nasza maszynka zdecydowanie zmieniła misję (szwankowała już wcześniej, naprawialiśmy ją przylepcem). Zamiast grzać - rozpylała szczodrze naokoło benzynę narzucając pomieszczeniu zdecydowanie dominującą nutę zapachową. Zostaliśmy z naszym rozpylaczem stanowczo wyproszeni. Musieliśmy wyglądać jak dwie skończone sieroty, bo potem było dość banalnie. Znalazła się przyjazna dusza, zwolenniczka szkoły, że nad herbatkę lepsza jest śliwowica, ktoś inny pożyczył maszynkę na gaz, a w końcu obecni ścieśnili się tak na swoich pryczach, że znalazło się miejsce i dla nas.
     Zależało mi na Fogaraszach, bo mam lęk wysokości i ekspozycje, jakie tam się zdarzają, dostarczyły mi sporych emocji. Niestety Dominik pozbawiony jest tej przestrzennej wrażliwości i zamiast upajać się strachem, okazywał zniecierpliwienie. I gdy tak szliśmy jednego dnia wraz z bacą i grupą pasterzy zaopatrujących stada, olśniło mnie, że mógł przecież wybrać lepszego towarzysza. Do zaopatrywania porozrzucanych po halach stad z juhasami i odbierania od nich udojonego mleka, wykorzystywane są osły. Jak to osły - pokonują trasę po swojemu, nie tak jak ludzie. Nie idą prosto przez wierzchołki wzgórz, ale omijają je po poziomicy. Niby szliśmy krótszą niż one drogą, podobnie objuczeni, ale one ciągle były ciut z przodu. No więc osioł dla wspomagania wyprawy typu Łuk Karpat posiadałby zdecydowanie więcej zalet niż wad. Nie potrzebuje dodatkowego jedzenia, bo żre trawę. Potrafi dźwignąć nie mniej niż turysta dumny z 30 kg na grzbiecie i nie narzeka pod wieczór. Co prawda nie pisze relacji po zakończeniu wędrówki, ale też w jej trakcie nie wyzłośliwia się…
     Po południu dochodzimy do Bâlea Lac. Dominik zsuwa się błyskawicznie nie potykając się o kijki plączące się przed nogami, ja marudzę w tyle. Tam w dole czekają już Chans, Krzyś i doborowa trójka - Basia i Darek Magdziarzowie oraz Jurek Montusiewicz - z którą Fogarasze zostaną wykończone (zamiast nas). A mi pozostanie dojść do końca tego pasma - w przyszłości.
     Wieczór z recitalem gitarowym Dominka i niekończącymi się wspomnieniami, anegdotami.
     Rankiem znowu jestem w szoku, jak można było tak zurbanizować to miejsce. Wybudować hotel na stawie, w którym krystaliczna woda zamieniła się w zieloną. Darek vel Chans z Krzysiem zwożą mnie do Braszowa nadkładając przy tym masę kilometrów. Tam już tylko pociąg do Predealu - jadę po zostawiony tam samochód. Zapłaciłem śmieszną cenę za bilet, gdyż wybrałem pociąg osobowy. To był poważny błąd. Pociągi w Rumunii kursują perfekcyjnie co do minuty, o ile nie są to pociągi podmiejskie. Mój ruszył po dwóch godzinach, gdy się zapełnił.

Jacek Schindler

 

Płytę z piosenkami
śpiewanymi przez
Dominika Księskiego
kupisz

TYLKO TU
Scroll to top