ŁUK KARPAT 2017

Predeal - Przełęcz Tamasului

      Po powrocie z rodzinnych wakacji w Chorwacji czasu zostało nam bardzo niewiele. Miałem kilka sztuk ekwipunku do odebrania z Bydgoszczy: przesyłki dla Dominika i Henia, juwel, plecak dla mnie, nawigację. Rozmawiając o zbliżającym się wyjeździe wypiliśmy z Maciejem piątkową poranną kawę. W sobotę 12 sierpnia o 1800 czasu miejscowego mieliśmy być z Krzysztofem, moim synem na starcie siódmego etapu wędrówki, w Predealu. To, że nie jedziemy do Rumunii landroverem, zostało ustalone wcześniej. Mój fiacior musiał sobie z trasą poradzić, był w końcu po bieżących przeglądach i naprawach.
      Jedziemy. Do Rumunii. Po raz pierwszy. Podróż trwała dłużej niż zakładaliśmy. Z powodu robót drogowych i korków strawiliśmy na nią całą dobę! Odpoczynkiem w drodze był symboliczny, półtoragodzinny sen w samochodzie na słowackiej stacji benzynowej.
      W hotelu - nomen omen - Robinson czekali na nas Dominik i Jacek Schindler, dołączyliśmy do nich przy kolacji. Zatem na fogaraski odcinek wyprawy było nas wędrowców czterech. Heniu już odjechał pociągiem do Polski. Wysokie świerki, widok szczytów, wyprawione skóry niedźwiedzi, ich łby z zębiskami (tylko te smutne szklane oczy…) - wszystko to było zapowiedzią Karpat i pachniało górami.
      Gdy przekraczaliśmy wiadukt nad torami, dwa krzyże za barierką powstrzymały nas na chwilę. Dominik opowiedział historię dwóch młodych dziewczyn, które zginęły, wracając z dyskoteki. Samochód przebiwszy się przez owe barierki spadł ze skarpy na tory. Kierowca przeżył, niedawno wyszedł z więzienia.
      Wędrowaliśmy zrazu pasmem Fitifoi, pogoda była przyjemna, słoneczna. Tak na dobry początek dobra Pani, stojąca przed jednym z mijanych domów, ofiarowała nam dwie butle dobrej rumuńskiej wody mineralnej, my zaś - kilometr dalej - bacy kilka papierosów marki L&M. Po drodze mijaliśmy ośrodek treningowy stołecznego klubu sportowego Steaua Bukareszt. Czy ktoś pamięta jego piłkarskie dobre czasy? Kiedyś Steaua zdobyła Puchar Europy. Steaua, znaczy Gwiazda, bo jak się mógł nazywać klub wojskowy w tamtych czasach? Gwiazda na piersi orła, z mieczami w obu szponach i olimpijska starożytna sentencja - Citius Altius Fortius, Szybciej, wyżej silniej… czyż nie tego pragnęliśmy?
      Pogoda się z czasem popsuła, zrobiło się dżdżysto i mglisto. Nocleg wypadł w Cabanie Izvoarelor w paśmie Diham, nieopodal szczytu o tej samej nazwie, na który wspięliśmy się wraz z Dominikiem, tylko we dwóch.
      Pan w Cabanie, z którym jakoś trudno się było porozumieć, nie chciał nas przenocować, mówił że wszystkie miejsca ma zajęte, nawet podłogi odmówił, twierdził, że w sali jadalnej ma się odbyć jakaś dyskoteka. To blaga, było pustawo, żadnych kandydatów do zabawy nie widzieliśmy. W końcu Jacek Schindler - specjalista od negocjacji - odbył decydującą rozmowę. Szef schoniska coś przemyślał, gdzieś zadzwonił i zmiękł. Dostaliśmy pokoik z paździerzowymi ścianami, w domku-przybudówce, o zewnętrznych skandynawskich rysach. Tak mi się przynajmniej skojarzyło. Cztery podwójne piętrowe prycze, stół, dwa krzesła, w pomieszczeniu obok kran, żeliwny zlew i ubikacja. Jednym słowem - luksus, a padało już mocno. Juwla na dwór nie wynosiliśmy, musiał skwierczeć w przedsionku. Herbatka z suszoną cytryną smakowała wybornie, kolacja wędrowcza, bakalie i czekolada na deser. I po jednym piwie Skol. A najbardziej wykwintne były dźwięki gitary. Gra i śpiew Dominika były clou każdego naszego wieczoru. Najlepsze wciąż było przed nami.
      Gdy wspinaliśmy się już w paśmie Buczedź (Bucegi), aura była nieciekawa, mokro, ślisko, coraz chłodniej. Drzew spotykaliśmy mniej, za to jałowce i kosówki smagały nas swą iglastą zielenią. Szliśmy altius, fortius… ale citius jakby coraz mniej. Z powodu mgły i chmur spowijających szczyty mieliśmy mocno ograniczone również widoki. Stanęliśmy na szczycie Bucsoiu Mare. 2492 metry - to była już jakaś wysokość. Wreszcie dobrnęliśmy do celu dziennej wędrówki, na szczyt Omu (Vârful Omu), płaski i rozłożysty, ze swoim zwieńczeniem, kilkumetrową skałką, do której przylega najwyżej położone w całych Karpatach schronisko Cabana Omu, położone na wysokości 2507 m. Obok stacja meteorologiczna. Brak tu bieżącej wody, jest odrobina prądu, z generatora, ale tylko do najbardziej pilnej obsługi. W schronisku - jedno pomieszczenie na nocleg i jadłodajnia-świetlica. Ponoć 38 miejsc na piętrowych drewnianych jednoplatformowych pryczach.
      Byliśmy tego dnia pierwszymi turystami, sądziliśmy, że będziemy się kulać po materacach, bo kto jeszcze dotrze w taką niepogodę! Ale przyszli kolejni turyści - i bardzo dobrze! Spotkanie z nowymi ludźmi może być przygodą najlepszą. Pierwszymi po nas byli dwaj studenci, Noam i Juwal, Żydzi z Izraela! Z Juwalem, który przykładnie nosił żydowską dzianą kipę ma głowie, pogadałem dłużej, użyczyliśmy im maszynkę, by mogli przygotować swoje tajemnicze danie. Przez podobieństwo słów i fakt użyczenia dobrze zapamiętałem jego imię. Nadeszła jeszcze rumuńska grupa, może rodzina, byli w różnym wieku, kobiety, mężczyźni, chłopcy i dziewczęta, razem dziewięć osób. Dobrze, jakoś się pomieścimy, bardziej w kupę zsunęliśmy nasze rzeczy i nasze posłania. Jak je zresztą upilnować, by się nie pomylić w coraz większym zamieszaniu, wieszaniu, rozkładaniu, suszeniu. Piec był kaflowy, ale wkład miał elektryczny, popracował trochę, po czym został wyłączony i dzielił się coraz skromniejszym ciepełkiem. W końcu spaliśmy w swoistej komunie, chyba w dziewiętnaścioro.
      Kolację zamówiliśmy od ręki przy barze w jadłodajni, omlety i jeszcze kiełbaski z ziemniakami purée. Herbatkę też i po piwie Albacher. Cena piwa nawet przystępna - 8 lei, równowartość 8 złotych. Woda mineralna w butelce 0,6 litra kosztowała tyle samo, a więc cena tejże przystępna już nie była! Nie kupowaliśmy.
      Któż to jeszcze nadchodzi? Ledwo było widać przez mgłę. Para młodych ludzi, Ania i Artiom, Rosjanie z Moskwy, którzy stali się naszymi towarzyszami wieczoru. Stworzyliśmy słowiański stolik, siedząc przy światełkach czołówek - o dwudziestej bar był już zamknięty, a oświetlenie cabany wyłączone. Rozmowa, prowadzona po rosyjsku dotyczyła pasm, gór, grani i szczytów Rumunii oraz Rosji. Na stole mały poczęstunek, a w sercu wielka uczta rosyjskich ballad i piosenek intonowanych przez Dominika. Wizbor, Kunin, Wysocki... A pod stopami - chmurna grań… Staraliśmy się naszemu bardowi pomagać, ale brawa od sąsiednich stolików i tak były tylko dla niego. Artiom i Krzysztof też gitarę brali w dłonie, tego wieczoru gitarzystów było trzech. Piękny wieczór. Ale który nie był piękny?
      Znów w drogę pasmem Bucegi, noga za nogą, noga za nogą, cały dzień. Granie, przełęcze, przełęcze i granie, piękne widoki i rozległe hale. Owce przelewały się z jednego stoku na drugi, ale zawsze gdzieś był baca i psy. Te nawet specjalnie nie szczekały, a bacowie nie odmawiali nam wskazówek dotyczących źródeł wody. Chętnie częstowaliśmy ich papierosami, trochę za tę przysługę, trochę bez niczego. Nabieraliśmy tej wody kiedy i ile tylko było trzeba, każdy z nas miał trzy litrowe butelki po coli. Dwa kilometry przed noclegiem zatankowaliśmy pod korek. Z wielką przyjemnością na szczycie Św. Eliasz spotkaliśmy Polaków, rozbawiona grupa szła w kierunku przeciwnym. Niebawem myśleliśmy już tylko o biwaku po dotarciu do granicy lasu. Las, namiot, ognisko, cudownie… wystarczą pojedyncze słowa. Daniem dnia były kabanosy oblane spirytusem, podpalone i płonące w menażce. Smakowały świetnie. Czy muszę stwierdzać rzeczy oczywiste, że znów brzmiała gitara, pieśni o górach, a przy ognisku, przy jego blasku, oświetlającym sylwetki gór, oczy cieszącym, siedziało czterech miłych facetów?
      To już było pasmo Laota. Droga była łatwa, pogoda piękna. Odbyliśmy nawet małe plażowanie z kąpielą w strumieniu. Szliśmy przez starą wieś Fundăţica, pełną starych, zabytkowych chałup i innych budowli, żywy skansen, w którym ludzie wciąż żyją tak, jak się żyło przed laty. Zbaczając ze szlaku na kolejną górkę, której Dominik ominąć nie mógł, przechodząc przez chylącą się ku ruinie posesję, spenetrowaliśmy małą stertę papierzysk, jakichś szkolnych zeszytów i notatek sprzed sześćdziesięciu pięciu laty. Na okładkach widniało imię i nazwisko ucznia, rok 1952. Wzięliśmy po jednym zeszycie na pamiątkę - do języka rumuńskiego i rosyjskiego. W ten sposób ocaliliśmy (dla nas) pamięć małej Georgety, o której nawet nie wiemy, czy żyje. Ale chyba nie - przecież jeśli te zeszyty przez kilkadziesiąt lat chroniła, chroniłaby je i dziś.
      W pensjonacie Casa Muntelui w miejscowości Fundata, przy drodze krajowej nr 73, zjedliśmy wykwintny obiad. Poznaliśmy Pana Iosifa, który królował w pensjonacie, a jak się później okazało - był mężem właścicielki. Sam był działaczem rumuńskiego związku narciarskiego i biathlonu, bywał w Polsce, znał polskich biathlonistów, Tomasza Sikorę oczywiście najbardziej.
      Drogą szalonego woźnicy, bo tak nazwaliśmy stromą, przetykaną wystającymi głazami ścieżkę, po której w karkołomny sposób zjeżdżał wozak swoją klekoczącą furmanką z zaprzęgniętym doń gniadym koniem, gnający na złamanie karku, już niebawem dotarliśmy do kwatery pani Aliny - Casa Alinei. Byliśmy u stóp Piatra Craiului - Królewskiej Skały. Pensjonat komfortowy, w pokoju z łóżkami, prysznicem! Gospodyni uraczyła nas wspaniałym jedzeniem, poczęstowała nalewką, piwem, serem, miodem i innymi specjałami. Tu czekał na nas depozyt z Polski, który pani Alina zgodziła się przesłać na jej adres. A w depozycie - zaopatrzenie na kolejne dni.
      Piatra Craiului z daleka kusiła panoramą swego wapiennego grzebienia, dwudziestokilometrową wapienną granią, najpiękniejszą w całych Karpatach. Wspinaliśmy się mozolnie, przy dobrej pogodzie, widoki znów były coraz piękniejsze. Celem dnia był szczyt La Om (2238 m) i schron w kształcie półkopuły z pięciokątnymi i sześciokątnymi elementami, zbudowany na wzór futbolówki. Ożywczy powiew wiatru i zachód słońca zapierały w piersiach dech. Tu na grani nocujemy, żadnych innych lokatorów. Nie byliśmy jednak sami, wokół przechadzały się, w podskokach pląsały całe gromadki kozic - z jakąż gracją w ruchach! A tu popsuł się juwel, drugiej herbatki nie będzie… Rozpoczęliśmy prace serwisowe, telefony do Macieja, szukanie instrukcji w Internecie, śrubokręcików i próby majstrowania. Udało się, druga herbatka jednak była i została wypita z satysfakcją.
      Zejście było karkołomne, miejscami pionowe skały, żleby i zdradliwe piargi. Schodziliśmy zasadniczo tyłem, szukając zagłębień, stopni, klamek umożliwiających podparcie w trzech punktach. Było długo, potem jeszcze długi marsz. W trakcie marszruty w trudnym terenie Krzysztof doznał jednak kontuzji lewej nogi, podejrzewałem naderwanie mięśnia czworogłowego. Nasz dalszy udział w wyprawie - mój i Krzysztofa - stanął pod znakiem zapytania. Wkroczyliśmy w Fogarasz, wypatrując przełęczy Tamasului, gdzie Dominik przewidział rezerwowy nocleg. Według pierwotnego planu mieliśmy dojść do przełęczy Lerescui, gdzie w wykrotach pod świerkami Jacek ukrył następny depozyt z prowiantem, musieliśmy skorygować plany. Tymczasem wieczór i noc były cudowne, z miliardem gwiazd, drogą mleczną i muzyką - Dominika i tą dolatującą z doliny, w której bawili letnicy.
      Jednak kończymy, Krzysiek nie jest w formie. Wcielamy plan B, Dominik z Jackiem idą dalej, przepakowujemy część sprzętu, ja udaję się z nimi do przełęczy Lerescui, biorę część prowiantu, wracam do Krzysztofa i dalszą część wyprawy odbywamy odtąd parami.
      Z Krzysztofem przenocowaliśmy jeszcze na przełęczy. Maliny, które zebrał, czekając na mnie w obozie wiele godzin, smakowały wybornie. Nad ranem, gdy pomału świtało, bo wnętrze namiotu było szare, usłyszeliśmy leniwe, ale groźnie brzmiące, pomrukiwanie grubego zwierza. Nie mamy naocznego dowodu, ale nikt potem nie wątpił, że to był …miś.
      Dominik i Jacek wędrowali przez Fogarasz, my realizowaliśmy spontaniczny rumuński plan turystyczny i pewne zadania logistyczne związane ze sprzętem. Widzieliśmy się jeszcze nad Bâlea Lac, wysokogórskim jeziorem, nad które dotarliśmy z Krzyśkiem samochodem. Trzydzieści kilometrów krętego stromego podjazdu na wysokość 2034 m! Mój fiacior już rzęzić zaczynał i gasł momentami. Spędziliśmy miły wieczór i noc w cabanie, poznaliśmy Jurka Montusiewicza, uczestnika pierwszej w historii wyprawy Łukiem Karpat, Basię i Darka. To oni wsparli Dominika w dalszej wędrówce przez Fogarasz. Jacek nad jeziorem kończył wędrówkę, zjeżdżał z nami. Pożegnaliśmy się na dworcu w Braszowie.
      Nie wiem, w którym momencie skończyła się nasza wyprawa Łukiem Karpat, myślę, że w pewien sposób trwa nadal, spędziłem prawie dwa tygodnie z synem, pogłębiłem znajomość z Dominikiem, poznałem Jacka, z wszystkimi kompanami dobrze było znosić trudy i zmęczenie. Ileż może znaczyć prawdziwa męska solidarność! Dominiku, dziękuję za możliwość tej przygody.

Darek Kłos vel Chans

 

 

 

 

Płytę z piosenkami
śpiewanymi przez
Dominika Księskiego
kupisz

TYLKO TU
Scroll to top