ŁUK KARPAT 2017

Balea Lac - Aluta

      Początek sierpnia 2017 właśnie zamierzałem zakończyć pracę i biec do domu. Porządkuję papiery, wynoszę liczne kubki po kawie, a tu ktoś puka do drzwi biura. "Zujek" Jurek Montusiewicz - kolega, przewodnik, narciarz, znawca gór Rumunii. Przedstawia propozycję: Dominik Księski, dziennikarz i wydawca ze Żnina właśnie przemierza Łuk Karpat. Może wspomoglibyśmy go na jednym z etapów? Około 20 sierpnia dotrze na przełęcz Predeal. Nie zastanawiam się długo. Dobra! Właśnie z żoną Basią planowaliśmy urlop. Nie będę się tarzał po bałtyckich plażach. Ustal gdzie jest wędrowiec, zbierz mapy, ja zorganizuję samochód, namiot, zapas zup chińskich i startujemy.
      Sibiu - południe Siedmiogrodu, na parkingu przy hotelu Park stoją żółte, charakterystyczne dla Rumunii taksówki, bez wyjątku dacie. Po krótkiej rozmowie kierowca zdejmuje koguta i za wytargowaną cenę wiezie naszą trójkę, nad jezioro Balea. Zbudowana w czasach Nicolae Causescu szosa transfagaraska utrzymana w dość dobrym stanie. Przy schronisku Balea Cascada jarmark: gotowana kukurydza, słonina, sery, rękodzieło i pamiątki z nie występujących gdziekolwiek w Rumunii kamieni półszlachetnych. W jednym z mijanych wiaduktów przeciwlawinowych starannie wykaligrafowane hasło: Besarabia e Romania. Chwilę później jesteśmy już ponad granicą lasu, kilka serpentyn i znów jarmark. Ogromny parking, płatny, z automatycznymi szlabanami, taka namiastka Palenicy Białczańskiej w Tatrach. To jeszcze nie nasz świat, ale przewalające się mgły, rześki wiatr z północy i zamykające dolinę z trzech stron szczyty dają przedsmak czekającej nas przygody.
      Schronisko Bale Lac po pożarze, odbudowie i kolejnych rozbudowach już dawno straciło swoje romantyczne, górskie cechy. Dzisiaj jest to po prostu hotel i knajpa. W pokoju mamy telewizor, łazienkę z ręcznikami, szamponami przyborami do golenia i szczoteczkami do zębów! Zostawiamy w pokoju plecaki i na lekko ruszamy w kierunku znajdującej się na wysokości 2315 m.n.p.m. Saua Caprei. Naszym celem jest mająca 2507 m Vinatorea lui Buteanu. Jeden z sześciu w Fagaraszu szczytów przekraczających 2500 m.n.p.m. Vinatorea słynie ze wspaniałych widoków, jednak z panoramy nici, jest mleczna mgła. Może to i dobrze bo przynajmniej nie widać przepaści po obu stronach wąskiej, prowadzącej na szczyt ścieżki. Przy okazji zdobywamy niewiele niższy, położony obok Varful Capra - 2494 m.n.p.m. Schodzimy przez jedną z dolinek z zalegającym, zeszłorocznym płatem śniegu. Biegnącą po poziomicy ścieżką znów trafiamy do schroniska.
      W hotelowej knajpie zamawiamy ciorba de burta czyli flaki, butelkę miejscowego, białego wina Jidvei. Czekamy na przybycie zmierzającego od wschodu Dominika i wspierających go towarzyszy. Wcześniej nie mieliśmy okazji spotkać się osobiście ale wyobrażamy sobie, że po ponad stu dniach w górach pojawi się składający się wyłącznie z żył, mięśni i ścięgien wysmagany przez wiatr mężczyzna.
      Ruszamy jeszcze na krótki rekonesans aby we mgłach odnaleźć początek naszej jutrzejszej ścieżki i znów wracamy do cabany. Do ulokowanej przy bufecie recepcji co raz podchodzą jacyś turyści ale żaden nie spełnia wymagań opisu. Wreszcie jest, nieco zmęczony, ubłocony, obwieszony sprzętem. Witamy się wylewnie, tak jakbyśmy się znali od lat. Jednak Karpaty zbliżają.
      Po kolacji odbywamy krótką naradę. Ustalamy jaki zabrać sprzęt biwakowy, co do jedzenia, a ile butli gazowych, czy palniki na gwint, czy wciskane, czy śniadanie na gorąco, czy tylko herbata i kanapki, jak jest wyższość "chinola" nad ryżem. Okazuje się, że Dominik przez ponad 100 dni wędrówki wypracował już śniadaniowe, obiadowe i podwieczorkowe rytuały. Do codziennego słownika wchodzi wyraz "przegryzka", czyli lekki posiłek po pokonaniu połowy dziennego odcinka. Ze sprzętu oddajemy do depozytu nasz nieduży namiot i zabieramy czteroosobowy, amerykański namiot firmy MSR ważący tylko 3 kilogramy. Deklarujemy się z Jurkiem, że będziemy go nieść.
      Późnym wieczorem spotykamy się z żegnającą nas poprzednią grupą wspomagającą. Wysmagani przez wiatr, rześcy i opaleni. Okazuje się, że Dominik od Bratysławy niesie gitarę i całkiem nieźle radzi sobie z grą. Poprzednia ekipa podczas wędrówki zgrała się i ześpiewała. Wieczorem zabrzmiały teksty rosyjskich autorów: Jurija Wizbora, Jurija Kukina, Bułata Okudżawy. Podczas tego wieczoru po raz pierwszy w życiu słyszę piosenkę opiewającą rumuńskie góry. Padają znane mi nazwy: Portita Visteii, Bucura, Negoiu, Mehedinti. Po chwili okazuje się, że to tekst autorstwa Dominika do bardzo ładnej melodii w rytmie tanga.
      Ostatni, ekskluzywny akcent - hotelowe śniadanie. Dominik przychodzi z pożółkłym od herbaty, litrowym kubkiem oznaczonym logo projektu: Łuk Karpat 2017. Oprócz obficie zastawionego szwedzkiego stołu Dominik pochłania przyniesione przez siebie zapasy. Bez przerwy coś przekłada i przepakowuje. Na koniec śniadania ciasteczko, kawa i startujemy.
      Spakowane plecaki już czekają w przybudówce schroniska. Przed budynkiem robimy wspólne zdjęcie z opuszczającą nas poprzednią ekipą wspomagającą. Kawałek asfaltu transfagaraskiej szosy i wreszcie jesteśmy na szlaku. Ostre podejście na główną grań. Mgła, wilgoć, wspinamy się i rozważamy co zdjąć, a co założyć. Od tego momentu wszystko co nam potrzeba mamy przy sobie.
      Mijamy charakterystyczną turnię Paltinul, właściwie jej nie widać ale pamiętam to miejsce z poprzednich wypraw. Ścieżka jest łatwa i wygodna wkrótce widzimy jezioro Caltun. Oprócz żółtego, owalnego i zniszczonego zębem czasu schronu Salvamontu na morenie stawu pojawił się nowy, zielony budynek, klasy "makabryła". Na zboczach pasą się owce, więc będą i psy. Jurek przedstawia płynące z karpackich doświadczeń wnioski na temat zależności agresywności i zajadłości psów pasterskich od wysokości nad poziomem morza. Przy schronie ekipa z Polski, wypytują o szczegóły dalszej drogi na Negoiu w szczególności i trudności w Strundze Drakuli. Schron znakomicie osłania przed wiecznie wiejącym tutaj wiatrem więc mimo mało romantycznego wnetrza jest znakomitym miejscem na przegryzkę. Dojadamy ostatnie kanapki. Strategiczne zapasy, na drogę, jeszcze w Polsce przygotował Jurek: wiadomo "kanapki się nie psują". Schodzą się białe, włochate psy pasterskie licząc na jakieś resztki. W rzędzie czekają przed schronem wlepiając w nas błagalne spojrzenia.
      Ruszamy na przełęcz, wciąż wieje silny wiatr. Schodzimy do następnej doliny. Tu ma swój wylot Strunga Draculuii - stromy, kamienny żleb bardzo niewygodny do pokonania z dużym plecakiem. Na dole tablica zakazująca wejścia i strzałka w kierunku łatwiejszej drogi Strungą Domneii. Kto niby ma to upilnować w rumuńskich górach, którędy mają się poruszać wolni ludzie! Wchodzimy w żleb. Musimy uważać na przypadkowo strącone kamienie. Poruszamy się więc w zwartej grupie. Dla utrudnienia Dominik targa gitarę - w drodze jest może trudniej, ale za to wieczorem weselej. Na przełączce na zwolnienie drogi czeka już jakaś turystka. Jest też zardzewiała strzałka w kierunku schroniska, a na tablicy niemiecki napis "zur schutzhutte Negoiu". Pamiątka po Siedmiogrodzkim Towarzystwie Karpackim?
      Po żmudnym, niezbyt trudnym podejściu stajemy na szczycie Negoiu mierzącym 2535 metrów n.p.m. Najwyższym w całych Karpatach wierzchołku położonym dokładnie w głównym grzbiecie. Jeszcze w XIX wieku uważano, że Negoiu jest najwyższym szczytem Karpat Południowych. Zdetronizował on Suru mający zaledwie 2283 m.n.p.m., ale potem okazało się, że najwyższy w całych górach fogarskich jest Moldaveanu.
      Gratulacje, zdjęcia z flagą narodową. Na szczytowym słupku Dominiki nakleja okolicznościową nalepkę Klubu Turystów Karpackich. Zrywa i zabiera ze szczytu szarfę w rumuńskich barwach narodowych pozostawioną tam przez poprzedników. Takie prawo zdobywców. Wspominamy Artura Kępę niedawno zmarłego, naszego kolegę przewodnika, z którym byliśmy tutaj w 2009.
      Spotkaną na szczycie ekipie Czechów prosimy o przekazanie pozdrowień dla Karela Gota i Heleny Vondrackowej. Ruszamy, zabawa dopiero się zaczyna. Pokonana trasa już dała nam w kość, a w planie jest skalista, miejscami eksponowana grań Serboty 2331 m.n.p.m. Ścieżka przechodzi z jednej strony grzbietu na drugi, co chwila jakieś kominki i wąskie przejścia. W jednym miejscu zdejmuję plecak i podaję wyżej stojącemu Dominikowi dzięki temu mogę się przecisnąć między skałami. Schodzimy na Saua Cleopatrei skąd odchodzi ścieżka w kierunku schroniska Negoiu. Zdobywamy Serbotę 2331 m.n.p.m. Wreszcie kończy się skała i zaczynają się bezkresne fogaraskie polany. Około dziewiętnastej osiągamy nasz cel: przełęcz Serbota 2123 m.n.p.m. Północny wiatr nie ustaje, schodzimy więc nieco poniżej przełęczy, na południową stronę, aby grzbiet nas osłonił. Jest jakieś stare biwakowisko, kawałek równego, kamienny murek chroniący przed wiatrem i woda w zasięgu kilku minut. Zakładamy biwak.
      Amerykański namiot MSR wymaga krótkiego instruktarzu i demonstracji sposobu poskładania pięciomasztowej konstrukcji. Wewnątrz na podłodze ląduje nieco już sponiewierama folia NRC, następnie karimaty, śpiwory, gotowanie na gazie, "chinole" z gulaszem angielskim, herbata. Przydaje się słowacki czajnik który od kilkunastu lat zabieramy w góry. Niestety skończyły się już kanapki (które, jak wiadomo, się nie psują…).
      Zgodnie z prognozą poranek jest chłodny, słoneczny i piękny. Termometr pokazuje 0,8 stopnia C na zewnątrz i +1,5 w namiocie. Tropik namiotu miejscami pokrywa lód. Panorama z przełęczy zapiera dech w piersiach. Dzisiejszy cel to Saua La Apa Cumpanita 1807 m.n.p.m., przełęcz leżąca tuż nad granicą lasu.
      Dominik rozpoczyna rytuał śniadaniowy. Duża torba jakiejś zalewanej wrzątkiem, tajemniczej substancji, kanapki, i co najmniej litr herbaty. Składamy namiot, zbieramy śmiecie, uzupełniamy wodę, dopakowujemy, dopinamy i ruszamy. Pierwszy etap to leżące na wysokości 2007 m.n.p.m. jezioro Avrig - zielonkawy, piękny, staw o trójkątnym kształcie.
      Trzymamy się głównego grzbietu. Pod przełęczą Scarii nowy schron mogący pomieścić kilkanaście, a może więcej osób. Technologia dość prosta, stalowa, łukowata konstrukcja obłożona płytą warstwową. Stary, blaszany służy jako śmietnik. Stajemy na chwilę, Jurek zbiega obejrzeć obiekt okazuje się, że wewnątrz są turyści i pachnie kawą. Wspinamy się na wierzchołek Scara 2306 m.n.p.m. , kolejna przełęcz i trawers Vf. Garbova 2188 m.n.p.m. Pokonujemy z lekka eksponowany kawałek z resztkami zabezpieczeń i docieramy do jeziora. Wiatr ustał, jest słonecznie, wody pod dostatkiem więc znakomite miejsce na przegryzkę. Dominik zwraca uwagę, że nie jest to jeszcze połowa trasy! Mimo wszystko wyciągam czajnik, kuchenkę, korzystam z kąpieli w jeziorze, jest pięknie.
      W Karpaty Południowe dotarła również moda na biegi górskie. Od wschodu zbliża się dwójka biegaczy w obcisłych strojach z minimalną ilością sprzętu. Wyglądamy przy nich jak zimowa wyprawa himalajska.
      Kończymy przegryzkę i podchodzimy z kotła na główny grzbiet. Otwiera się wspaniała panorama. Widać naszą całą trasę: Negoiu, Lespezi, Serbota. Na południu, mierzący 2427 m.n.p.m. Ciortea i Boia 2431 m.n.p.m. Zdobycie tych wierzchołków odkładamy na inną wyprawę.
      Pokonaliśmy ostatnie trudności skalne. Od tej chwili da znać o osobie największa trudność Karpat Południowych - przestrzeń. Gdzie się nie ruszyć to wszędzie jest daleko. Wyznakowany czerwonym paskiem szlak stara się prowadzić po poziomicy omijając niektóre wierzchołki. Dominik nie odpuszcza i po trawiastych zboczach zdobywa co wybitniejsze. Krajobraz zmienia się na bardziej bieszczadzki, połoniny, pojedyncze grupy skałek, jałowce, rododendrony i pola jagód. Wreszcie widać naszą przełęcz. Wśród trawy połyskuje sącząca się woda (apa) i zastanawia się, na którą stronę grzbietu płynąć, czy na północ, czy na południe. Na samej przełęczy koszar dla owiec. Biwak zakładamy nieco wyżej, w miejscu z rozległą panoramą na dolinę Aluty, masyw Cozia, góry Capatini i Lotru. Rozbijamy amerykański namiot, ściągamy wysuszone jałowce na wieczorne ognisko, gotujemy. Basia wyprawia się do źródeł w celu wieczornej kąpieli. Jurek idzie fotografować pasterza jeżdżącego konno. Zamiast siodła wzorzysta płachta, bez strzemion, lejce z parcianej taśmy.
      Jest to nasza ostatnia noc w górach przed zejściem w ruchliwą dolinę Aluty. O zmierzchu pojawia się namiastka cywilizacji - na północy widać liczne światła Sibiu. Obserwując rozgwieżdżone niebo można uczyć się astronomii. Księżyc jest w nowiu więc widać wszystkie gwiazdozbiory. Bajdurzymy przy ognisku. Dominik przypomina ćwiczony w Bilea Lac repertuar. O grani Chamar - Daban nad jeziorem Bajkał, o jeziorze Bucura w Retzacie, o Portiti Viśtei - przełączce pod Moldaveanu z niewielkim schronem na wysokości 2305 m.n.p.m. i o górach Mehedinti zamykających od strony Dunaju łańcuch karpacki.
      Poranek, w przełomie Aluty zalegają mgły. Dzisiaj czeka nas bardzo żmudne i długie zejście. Wioska Cinenii Marri, w której mamy zarezerwowane noclegi leży na wysokości 350 m.n.p.m. a my jesteśmy na ponad 1800. Ścieżka ma wciąż charakter górskiego szlaku ale po dotarciu do lasu zmienia się w szeroką drogę gospodarczą. Mijamy pasterza z kierdlem owiec. Prosi o poruszanie się do przodu bo nie panuje nad ujadającymi, licznymi psami. Po drodze ekipa drwali w terenowym pikapie sprowadzonym z Wielkiej Brytanii z kierownicą po prawej stronie. Na pace wypłowiała czaszka z rogami i piły łańcuchowe. W chłodnym lesie przegryzka, gotujemy czajnik herbaty i dojadamy resztki strategicznych zapasów. Z lasu wychodzimy na położone nad widoczną już wsią polany z pojedynczymi szałasami, płotami, stogami siana. W dolinie wstęga Aluty, czerwone dachy zabudowań i most umożliwiający dalszą wędrówkę na zachód.
      Na szerokiej drodze każdy idzie swoim tempem. Daje znać o sobie temperatura. Do wsi wchodzimy od strony opłotków, stodółek i przybudówek. Wreszcie trafiamy na główną ulicę. Odwiedzamy malowaną cerkiew w stylu Cozia i docieramy do mostu. Dominik z Jurkiem jeszcze nie przyszli, przysiadamy się więc do grupy Cyganów odpoczywających w cieniu wiejskiej altanki. Mężczyźni, żony, babcia i kłębiąca się grupa dzieci. Okazuje się, że nawet trochę mówią po polsku ze względu na prowadzone w Polsce interesy. Obok altanki zaparkowane niemieckie samochody z opuszczonymi szybami.
      Jest reszta ekipy. Na moście zdjęcie z zakończonego etapu i Dominik prowadzi nas do umówionego wcześniej ekskluzywnego pensjonatu Arxavia. Etap "Fagarasz" możemy uznać za zrealizowany.

Dariusz Magdziarz

foto: Dariusz Magdziarz, Jerzy Montusiewicz

Uczestnicy wyprawy:

  • Dominik Księski ze Żnina
  • Maria Basia Magdziarz, z Lublina, przewodnik beskidzki, SKPB Lublin, prawnik i dziennikarz na co dzień przedsiębiorca mama trzech córek.
  • Dariusz Magdziarz, Lublin, ur. 1962, przewodnik beskidzki, narciarz i maratończyk. Wraz żoną Basią prowadzi w Lublinie firmę handlową. Ojciec trzech córek.
  • Jerzy "Zujek" Montusiewicz, przewodnik beskidzki, znawca gór Rumunii, profesor Politechniki Lubelskiej. W 1980 wraz zespołem SKPB Warszawa po raz pierwszy w historii pokonał Łuk Karpat.
Scroll to top