ŁUK KARPAT 2017

Widok z Przełęczy Tucholskiej (Bieszczady Wschodnie) na Połoninę Borżawę
fot. Maciej Grzmiel, październik 2016

 

     Aprowizacja odcinka czwartego

     Wykorzystując konieczność zawiezienia i zadołowania na Ukrainie kilku pakietów żywnościowych, postanowiłem przekształcić ten wyjazd w niewielką wycieczkę, mikrowyprawę.
     Uzbrojony w w miarę sprawnego 21-letniego land rovera discovery, niezawodnego garmina, trzy puszki szprotek, dwie konserwy, bochenek chleba, kawę oraz herbatę, wyruszyłem w czwartkowe popołudnie na spotkanie przygody. Dominik przygotował pakiety jedzenia – 4 spore plecaki oraz karton. Pierwszy przystanek (nie dokonywałem żadnych rezerwacji – jak przygoda, to przygoda) wypadł w hoteliku w Jaśle. Wieczorem wziąłem prysznic (jak się okazało – jedyny w czasie tego wyjazdu), potem piwko, szprotki i lulu.

     Piątek
     Rano robię w termosie kawę i ruszam w kierunku Przełęczy Kuchtowskiej. Zabunkrowanie przebiega sprawnie, z bagażu ubywa jeden plecak. Obieram kierunek na Słowację, a potem Ukrainę. Ponieważ czas jest dobry, postanawiam przed przyjazdem na Przełęcz Tatarską zrobić zabroskę na Przełęczy Tucholskiej. Nie obawiam się późnego przyjazdu na Tatarską, ponieważ są tam hotele i pensjonaty, a więc nocleg się znajdzie, nawet po zmroku. Garmin pewnie poprowadzi mnie na Ukrainę krętymi słowackimi drogami. Granica słowacko-ukraińska okazała się pusta, odprawa trwa 40 minut. W tym czasie ukraińska celniczka z wdziękiem wyjaśnia mi, że 3 plecaki i karton jedzenia to o 3 plecaki za dużo. Ja jej tłumaczę, że koledzy w górach liczą na to jedzenie, że gornyj pochod, itd.
     – Nu, szto z wami sdiełat', Sławomir? – pyta celniczka.
     – Kak to, szto sdiełat'? Propustit'! – odpowiadam.
     Wyjeżdżam z granicy z nienaruszonymi plecakami, ale już bez mojej kawy. I pędzę po niewiarygodnie dziurawych ukraińskich drogach ku przełęczom: Tucholskiej, a następnie Tatarskiej. Czy to od wstrząsów, czy z innego powodu, przestaje działać zasilanie garmina. Stosuję alternatywny sposób podłączenia prądu i jadę dalej. Niestety – niezawodny do tej pory garmin zmęczył się. Po godzinie się resetuje... i robi to ponownie, i jeszcze raz. Szybka diagnoza – okazuje się, że padła karta pamięci, na której znajdowały się mapy Polski i... Ukrainy. No cóż... wyjmuję bezużyteczną już kartę z mapami, ustawiam punkt docelowy. Ponieważ kierunek na przełęcz wskazuje mało przydatna w tych warunkach linia prosta, zapoznaję się z papierową mapą Ukrainy. Opóźnienie jest niewielkie, wynika głównie ze wspomnianych już dziurawych dróg, tabunów nieoświetlonych rowerzystów oraz pieszych na poboczach.
     Przełęcz Tucholska, Przełęcz Tatarska. Pensjonat, przekazuję karton Wali. Koledzy odbiorą za ponad pół roku – mówię. – W porządku – bez krzty zdziwienia odpowiada Wala.
     Wieczorem zabieram się za naprawę garmina, niestety bez efektu. Karta zepsuła się na amen. Ale odkrywam, że w pamięci wewnętrznej garamina znajduje się mapa Rosji, jeszcze z czasu mojego wyjazdu nad Bajkał. I ta stara mapa obejmuje swym zasięgiem również Ukrainę. Uff! Wreszcie mogę sobie pozwolić na kolację: tradycyjne szprotki i herbatę.

     Sobota
     Ruszam. Kierunek – Przełęcz Legionów. Z informacji uzyskanych od Piotra, internetowego znajomego, specjalisty od offroadu, wiem, że na przełęcz jest możliwy wjazd samochodem (od Rafajłowej). Łatwizna – napisał mi kiedyś. Uwierzyłem.
     Wprawdzie na mapie Rafajłowej nie ma, ale dobrzy ludzie pokierowali. Przypominam, że cały czas poruszam się po dziurawych drogach, godzinami. Ukraińcy jeżdżą po nich z prędkością 20 km na godzinę. No ale ja zbyt wiele czasu nie mam. Te długie przejazdy po wykrotach spowodowały, że land rover zaczyna lekko popiskiwać. Jak sądzę – z żalu za polskimi szosami. Wreszcie docieram do poszukiwanego wjazdu. Niestety, droga na przełęcz jest zagrodzona szlabanem z solidną kłódką.
     – Leśnik ma klucz – dowiaduję się od tubylca. – Rano był. Zaraz do niego zadzwonię – dodaje. – Oddzwoni za kwadrans. Nado czekaty – mówi po chwili.
     I tak mija prawie godzina. Już mam założone buty, stuptuty, kurtkę, spakowany plecak i... 8 km błota przed sobą. Leśnik nie oddzwania. Ruszam. Po 500 m spotykam leśnika.
     – U was jest' kliucz ot szlangbauma?
     – Da! – mówi leśnik.
     – A otworzy pan szlaban? Chciałem pojechać na pierewał Legioniw!
     – Otkryju! Za 100 hrywien!
     – Nie mam hrywien. Mam dolary. 5 będzie OK? – pytam
     – 20 dajtie!
     I już leśnik nie odpuścił.
     Klucz jest schowany pod kamieniem, przy szlabanie. Szlaban otwarty, jadę.
     W land roverze cały czas popiskuje jakieś łożysko, w napinaczu paska czy gdzieś obok. Gdy docieram do początku drogi na Przełęcz Legionów, ten pisk zamienia się w ciągły jęk. Nie przeszkadza mi to we wjechaniu na samą górę, zadołowaniu pakunku i zjechaniu na dół. Sądzę, że te 90 minut jazdy (8+8 km) to były najtrudniejsze chwile w życiu mojego land rovera. Od początku do końca trasy miałem włączony reduktor i blokady. Błoto, kałuże jak małe jeziora, ciągnikowe koleiny, kamienie i głazy, oślizgłe bale, jazda korytem strumienia. To, że nic nie wgniotłem, nic nie urwałem, to cud! Nie dziwię się, że discovery tak żałośnie piszczał.
     Po powrocie do szlabanu widzę, że stoi tam kolejny dżip.
     – Nie wie pan, kto ma klucz?
     – Wiem.
     Schylam się, podnoszę kamień...
     Jadę piszczącym land roverem na Przełęcz Wyszkowską. Szukam miejsca na zabroskę. Pierwsze jest niedobre, pełno śladów grzybiarzy. Chcę podjechać jeszcze kawałek, a tu cisza, rozrusznik nie działa. Jest jakieś duże zwarcie, bo jak przekręcam kluczyk, to napięcie tak drastycznie spada, że odzywa się czujnik rozładowania akumulatora. No, świetnie! A na Wyszkowskiej do dzisiaj nie ma zasięgu, ponadto jest sobotni wieczór, za chwilę będzie ciemno. Stoję w piachu, ale na szczęście na lekkiej górce. Pcham, discovery toczy się do tyłu, wskakuję do niego, sprzęgło, wsteczny, disco zapala! Zapala i od razu żałośnie piszczy. Jadę w inne miejsce, staję (na pochyłości, a jakże). Potem standard: dołowanie pakunków, maskowanie, powrót, discovery stacza się z górki, sprzęgło, bieg, zapala, piszczy, jadę. Kierunek – granica. Korczowa. Jadę samochodem, który niesamowicie piszczy i nie można go zgasić (tzn. zgasić można, ale nie wiadomo, czy będzie można znów zapalić). A muszę przecież przekroczyć granicę, zatankować samochód, potem gdzieś przenocować...
     Na granicy odprawa trwa dwie godziny, discovery jęczy żałośnie przez cały czas. Na szczęście mam dwa kluczyki. Gdy podchodzę do okienka, zamykam drugim kluczem pracujące auto. Ostatnia pieczątka, zielone światło i w drogę.

     Niedziela
     Trudno w to uwierzyć, ale ledwo przekraczam granicę, pisk ustaje. I dyskoteka nie zapiszczała już ani razu, aż do Żnina. Stwierdzam niniejszym (i jest to poparte mocnymi argumentami), że mój wóz ma duszę. Nie polubił Ukrainy, więc okazywał mi to od wjazdu po wielokroć, gdy nie reagowałem na sygnały, zbuntował się. Polskę lubi. I też to od razu uzewnętrznił.
     Tankuję na pracującym silniku, znowu drugi kluczyk jest w użyciu. Pozostaje do opanowania nocleg. No cóż, śpię w samochodzie, na parkingu, silnika nie wyłączam. Przed snem tradycyjnie zjadam szprotki, ostatnią puszkę
     W poniedziałek zajadę do mechanika. Na szczęście koło domu mam górkę.

Maciej Grzmiel
październik 2016

Płytę z piosenkami
śpiewanymi przez
Dominika Księskiego
kupisz

TYLKO TU
Scroll to top