ŻNIN - KAUKAZ 1989

Serce zostało wśród skał

KAUKAZ 1989

       
     Nieco to daleko, 7:10 do Poznania, 13:10 do Moskwy. 24 godziny jazdy, przesiadka, po 26 godzinach - Kropotkin, jeszcze nocka wagonem nazywanym po rosyjsku platzkarten a po polsku gruppen-sex i w południe Ust-Dżeguta. To już Czerkiesja. Pociąg zatrzymuje się na stacjach długo - w ostatnim wagonie mieści się sklep, do którego ustawia się za każdym razem kolejka. Autobus do Teberdy. Stąd widać już góry. Mikrobusem ostatnie 30 kilometrów i Dombaj. Domy wczasowe, smażalnie kiełbasek, disco, wełniane swetry, wyciągi krzesełkowe. Zarzucam plecak. Kierunek - alpłagier Alibek. 
     
     Moja najdokładniejsza mapa to 1:300 000. Szlaków turystycznych nie ma. Goście gór dzielą się na trzy kategorie. Ekskursjonist nocuje w hotelu w Dombaju i co dzień ogląda utartymi drogami w grupie 50-100 osób jakąś górską osobliwość. Gornyj turist idzie długimi trasami przez przełęcze równolegle do głównego grzbietu, nocując pod pałatką, poruszając się w grupach pięcio- ośmioosobowych wg graniówki i własnej orientacji. No i alpinist - dla nich są alpłagiery. 10-30 osobowe grupy kursantów wychodzą z całym majdanem na noczowki - miejsca biwakowe w górach, odległe 3-6 godz. marszu od obozu, a stamtąd na szczyty. Noczowki są różne. Na lodowcu biełałakajskim - 2500 m. n.p.m., na polance pod Sofrudżu - wśród kwiatów, odnóg strumienia lodowcowego i mostków przez nie, na baranich łbach progów morenowych, przy wodospadach i siklawach. Między nimi prowadzą wydeptane ścieżki, nie naprawiane jednak, nie utrzymywane. Pełne ruchomych kamieni, gliniastych stromizn, żwirowych usypisk. Trzeba więc albo znać teren, albo chodzić z tym kto zna.
    
     Rozbiłem wieczorem namiot w alpłagierze Alibek, a po kilku dniach już nocowałem pod Biełałakają (3861 m. n.p.m) - Białą Żmiją. Kilkanaście namiotów rozstawionych w gaju rododendronowym, niemiłosiernie kąsające w usta muszki - całuski, herbata ze słodkim mlekiem skondensowanym gotowana na ruskim juwlu. Na gitarze gra co drugi, śpiewają świetnie - głównie piosenki Jurija Wizbora, znają stare rzeczy Kukina, oczywiście Okudżawa i Wysocki. Podpytuję kto skąd, co robi. Prawie wszyscy pracują. Zupełny brak studentów. Górnik z Doniecka, majster z elektrociepłowni w Krasnojarsku, były żołnierz zawodowy ( 2 lata w Afganistanie). Najsympatyczniejszy z nich, instruktor, który właśnie suszy macierzankę na karimacie, okazuje się być milicjantem z Murmańska. Widok z biwaku jak w Tatrach znad Morskiego Oka. Z tyłu amfiteatr szczytów, przed nami coraz dalsze góry.
       
     Wybieramy się na liczący ok. 3.400 metrów Pik KAP (Komunistycznej Partii Austrii). Żartuję, że niedługo to już będzie Pik Kapitalizma, a jak wokół wznoszą się szczyty różnych Komsomołów (niemieckiego nawet austriackiego), to mogło by być coś dla równowagi. Półgodzinny trawers lodowca, wejście po trawkach na kamienistą przełączkę, potem już skały. Trudności Orlej Perci, 3 czy 4 momenty trudniejsze - trzeba się przyasekurować. Non stop lecą kamienie. Gdy jesteśmy na grani - poniżej nas, ale gdy podchodzimy pod kopułę szczytową, biją też obok. Słońce oślepia. Tu już są potrzebne ciemne okulary.
   
     Na szczycie łączka ze śniegu, słój wypełniony wodą deszczową, pudełko z zapisami wejść. Szef wejścia wpisuje, co trzeba, dopisuję się i ja. Nie omieszkuję zaznaczyć nazwy związku zawodowego, do którego należę (u nich turystyką i alpinizmem zawiadują właśnie związki zawodowe) i wyrazić nadziei, że niedługo nie będzie już żadnych komsomołów, a góry pozostaną. 
   
    Zejście jest ciężkie. Nic nie widać (czarne skały, a oczy przestawione na biel), śpieszymy się. Największa frajda to hamowany czekanem zjazd na butach po płacie śniegu, gdy gubimy 300-400 m wysokości. Lądujemy łagodnie na płaskim polu śnieżnym, pokrywającym górną partię lodowca. A ten gada. Woda płynie po nim, w środku i pod podeszwą. Osypuje się żwir. Stukają kamienie, przestępują z nogi na nogę olbrzymie głazy. Słońce wycisnęło w ten dzień tyle wody, ile mogło. W nocy, w minusowych temperaturach znów, co będzie musiało, to przymarznie. Następnego dnia, gdy lód puści, zsuną się nowe kamienie.
             
     Na noczowce odebrali właśnie przez radio wiadomość, że na Dombaj - Ulgenie kamień zabił w południe alpinistę. Wspinali się środkiem pionowej ściany, głaz był wielkości albumu z fotografiami, leciał swobodnie, zgniótł kask... Za dwa dni, gdy już go znieśli, w jednym z bazowych namiotów - dziesiątek znajomi zebrali się na pominki. Kwaśne wino, tuszonka, zapalone lampki, smutne pieśni. Kaukaz. Jak każde góry - niepowtarzalny, mocny, prawdziwy.
   
     
     W ostatni wieczór z obozu Alibek pospacerowałem w górę lodowca i doszedłem do ruiny drewnianego schroniska. W środku połamane prycze, rozwalone piece, okna bez szyb. Budynek - staruszek, który ginie bez wsparcia. Odwróciłem się, stanąłem i patrzyłem. Alpłagier i cała dolina - dawno w cieniu. Słońce zachodzące za plecami oświetla już tylko szczyty przede mną: Dżuguturłuczat, Pik Ine, Biełałakaję. Cień posuwa się w górę, pożera wierzchołek po wierzchołku. Pora wracać. Kilka dni później, już na nizinach odpoczywałem w domu przyjaciół, nastawiłem płytę z piosenkami Jurija Wizbora i po raz pierwszy usłyszałem "Dombajski walc". Im dłużej słuchałem, tym byłem bardziej pewien, że to przy szczątkach pieca, które kilka dni wcześniej widziałem, stały kiedyś narty, od których zaczyna się ta piosenka; że ten, kto siadł w przeddzień odjazdu na ścieżce, widział ten sam rząd szczytów

 

Dominik Księski, wrzesień 1989
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Dombajski walc - gra i śpiewa autor, Jurij Wizbor

 
Dombajski walc - przekład: Dominik Księski, śpiewa autor przekładu oraz Anna Kamińska

 

Scroll to top