ŁUK KARPAT 2017

     Przełęcz Wyszkowska - Przełęcz Legionów

     27 czerwca, wtorek.
     Dominik z ekipą dotarli dzień wcześniej na przełęcz Wyszkowską, tutaj planowana jest zmiana składu wędrującego. Dominik i Sławek zostają, Marcin i Bartek schodzą na dół, zastępuję ich na krótko (5 dni) ja (Wojtek Waligórski).
     Góry witają piękną pogodą. Gdy marszrutka z Doliny do Chust mozolnie wspięła się na najwyższe wzniesienie przełęczy, przy czym od wysokości większym wyzwaniem był dla niej stan drogi, pełnej dziur, bez problemu zauważam, że ktoś już na mnie czeka. Żadnych problemów z koordynacją działań - ale też niewiele jest na ukraińskim odcinku trasy Dominika tak dobrze zagospodarowanych turystycznie miejsc jak ta przełęcz. Solidna drewniana wiata ze stołami w środku umożliwiła czwórce wygodne zjedzenie śniadania,a w razie deszczu byłaby super schronieniem. W następnych dniach kilka razy przeszło mi przez myśl, że takiej nam brakuje. Przywieziony przeze mnie dodatkowy prowiant (zupy błyskawiczne, makarony, orzeszki, owsianki) okazuje się zbyteczny: tym razem depozyt zostawiony na przełęczy przed kilkoma miesiącami, okazał się nienaruszony. Extra prowiant zostaje więc w wiacie, zawieszony na jakimś gwoździu, z życzeniami smacznego od Dominika dla kogokolwiek, kto go zauważy i zeń skorzysta.
     Przed wyjściem zachodzimy jeszcze na cmentarz kryjący prochy żołnierzy poległych w walkach o przełęcz w czasie I wojny światowej. Mogiły ułożone są koliście, nazwisk mało, najczęściej krótka adnotacja, że to żołnierz armii austriackiej bądź żołnierz armii rosyjskiej. Leżą razem, szacunek oddały im władze II RP, tworząc tę nekropolię.
     Droga biegnie z początku wzdłuż wymalowanego przez Ukraińców szlaku czerwonego. Kilka ładnych widoków, wejście na Gorgan Wyszkowski - w drugiej części dnia trasa staje się bardziej uciążliwa, bo na szlaku co i rusz pojawiają się rozległe kałuże, co świadczy tak o ilości opadów, jak i o strukturze gleby, najwidoczniej skalistej i gliniastej jednocześnie. Uciążliwe są też zwalone na drogę drzewa, których nikt nie uprząta - trzeba je często obchodzić, co wydłuża trasę.
     Nocleg na pięknej polanie. Doszliśmy zmęczeni, rozbijamy się już na jej początku, dopiero rano okazuje się, śe gdybyśmy poszli nieco dalej, "łapalibyśmy" rano słońce. Towarzyszą nam przy rozbijaniu się trzy pasące się na polanie konie. Nie są uwiązane, ale też nie wyglądają na dzikie, pewnie ktoś je wypasa, dając im dużo wolności.
     
     28 czerwca, środa.
     Rano koni już nie ma, ruszamy nie czekając aż namioty obeschną. Szybko natrafiamy na grząskie polanki, na których trudno stawić nogę tak, by nie grzęzła w błocie. Zdarza się, że but zapada się głębiej. Szlak uciążliwy, choć wyraźny: przedwojenne słupki graniczne wyznaczają go regularnie. Oczywiście, zasadniczo idziemy za śladem w Dominikowym GPS-ie, słupki tylko od czysu do czasu potwierdzają nasze położenie.
     Lasy piękne, ale szlak zarasta coraz bardziej, co jest w stanie ocenić Dominik, który szedł tędy kilka lat wcześniej. Ludzi nie ma - ale zauważamy, że nie widać także zwierząt. Podejrzewamy, że wykłusowane.
     Uciążliwą trasę przez zwalone drzewa i liczne kałuże żegnamy bez żalu, wychodząc ponad granicę lasu - by szybko zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem, jakie stanowi przejście kilkuset metrów przez kosówkę, by dotrzeć do gołoborza (gorganu), po którym można się dostać na szczyt Popadii. Ścieżka przez kosówkę jest wyraźna, niemniej trudna, gałęzie biją w twarz, plecaki się haczą. Po wydostaniu się z tej gęstwiny Dominik ocenia, że to nie było jednak "hard", zaledwie "medium".
     Popadia, najwyższy szczyt w Gorganach, na jaki wejdziemy, olśniewa: widok jest na wszystkie strony, od Sywuli na północy, przez dalekie panoramy na wschodzie i zachodzie, po najbliższe pasma na południu i majaczące za nimi szczyty - chyba - Karpat Marmaroskich. Pogoda akurat rewelacyjna, wiatr się czuje, ale czapek z głów nie zrywa. Na szczycie słupek graniczny sprzed 1939 roku (data przy symbolu CS jest 1920, a z polskiej strony, przy symbolu P - 1923) - ale ten słupek jest niezwykły, tak jak na to zasługuje niezwykły szczyt: po dawnej stronie polskiej widnieje na nim wykuty w granicie piękny orzeł w koronie, po zakarpackiej - herb ówczesnej Czechosłowacji. Tylko że ten nasz jest pięknie przez kogoś odnowiony. I nie został przez Ukraińców zniszczony - to dobrze o nich świadczy.
     Na szczycie spotykamy jednego z nich - wędrującego samotnie, w kierunku przeciwnym do nas, młodego chłopaka z miejscowości Browary pod Kijowem. Jest asystentem na Politechnice w Kijowie, wykłada - o ile dobrze pamiętam - zagadnienia konstrukcji kotłów, ma mało pieniędzy, bo mało mu płacą, ale zo to dość dużo czasu, bo pełne akademickie wakacje. Więc korzysta - idzie w góry. Ze szczytu dzwoni do mamy, nocować będzie sam gdzieś w lesie.
     My schodzimy z Popadii na południowy wschód, z początku po gołoborzu, podziwiając pamiętające jeszcze I wojnę okopy, skonstruowane na kamiennych zboczach. Tracimy kilkaset metrów, wchodzimy w las, nocujemy na śródleśnej polance, małej, pozbawionej trawy, z wodą dostępną o kilkadziesiąt metrów niżej.
     
     Czwartek, 29 czerwca.
     Rano Dominik obwieszcza, że w nocy był przekonany, że to ja wstawałem i dorzucałem drewna do ogniska, bo wyraźnie kogoś słyszał. Zapewniam, że tego nie robiłem, więc powstaje pytanie kto to był - podejrzewamy, że ktoś, kto także szedł od strony Popadii, dojrzał ognisko, ogrzał się przy ognisku i ruszył w nocy dalej - ale czy na pewno? Po jakimś czasie Dominik powie, że pewnie to był "czornyj alpinist" z rosyjskich opowiadań o górskich tragediach...
     Po wodę wybierał się Sławek, wieczorem mu się jednak nie chciało, mnie też nie, zapowiedział, że przyniesie ją rano. Zerwał się bardzo wcześnie, czuł, że nadciąga deszcz, chciał zdążyć przed nim - ale mu się nie udało, gwałtowna ulewa zaskoczyła go podczas nabierania wody. Wrócił doszczętnie przemoczony - wilgoć towarzyszyła mu już przez cały dzień.
     Trudny dzień. Idziemy na pasmo Busztułu. Na tzw. Niemieckiej Polanie, przy zamkniętych na głucho drewnianych, dość prowizorycznych zabudowaniach, możliwe, że należących do pasterzy, czujemy, że robi się parno. Ruszamy dalej, dochodzimy do przełęczy, skąd piękne widoki, ale się nie zatrzymujemy, chcąc wejść na przeciwległe zbocze jak najwyżej zanim nadejdzie deszcz. Gdy chmury sprawiają, że się ściemnia, rozciągamy na skraju lasu płachtę burzową. Na ostatnią chwilę: jeszcze podczas jej rozkładania zaczyna padać, a po chwili z nieba wali grad. Lodowe kulki mają średnio ok. 1 cm średnicy, ale bywają i większe. Bombardowanie trwa kilka minut, podtrzymujemy płachtę od dołu, czując, jak lód siecze po palcach. Gdy grad ustaje, widzimy na trawie, w zagłębieniach terenu, zwały lodowych kulek - wody nam więc nie brakuje.
     No i ma nie brakować przez kolejnych kilka godzin. Idziemy na Busztuł w deszczu. Mamy przed sobą trudny odcinek. Dominik w ramach rekonesansu wchodzi na wierzchołek Reskala. Okazuje się, że wiedzie stamtąd dość wyraźna, wycięta przez kogoś, ścieżka. A może prowadzi dalej?
     I oto idziemy tą ścieżką, grzbietem, przedzierając się przez kosówkę - bo to, że ścieżka jest przecięta, nie znaczy, że jest wygodna: odgarnianie gałęzi przypomina pływanie, połączone z ćwiczeniem bicepsów na siłowni. Plecaki nie ułatwiają przeciskania się między gałęziami.
     Jednego jesteśmy pewni: naszej wdzięczności dla człowieka, który szedł przed nami z siekierą i rąbał kosówkę.
     Bez niego nie przeszlibyśmy. Przekonujemy się o tym na jednym ze szczytowych odcinków w dalszej części grzbietu, gdzie być może przez naszą nieuwagę gubimy ścieżkę, a być może ona po prostu zanika. Ten odcinek oceniam na 50, góra 100 metrów, ale gdyby był dłuższy, pewnie zmusiłby nas do wycofania się. W dwóch czy trzech miejscach przeciskam się przez kosówkę dosłownie na kolanach.
     To najtrudniejszy moment tego dnia - choć nieco wcześniej, przy słupku 48 też mamy dylemat: Dominik proponuje zejście w dół i rozbicie namiotu, bo cały czas leje, widoczność marna, wieje silny wiatr... To jednak oznaczałoby opóźnienie w planie wędrówki. Obaj ze Sławkiem jesteśmy za kontynuowaniem marszu, Dominik ulega. Gdy wyszliśmy, po kilku dalszych godzinach, na przełęcz pod grzbietem Bertu, szef wyprawy przyznaje, że warto było: jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być, zwyciężyliśmy kosówkę, słońce wyjrzało zza chmur, góry czarują swym pięknem.
     Tylko musimy się obyć resztkami wody: w jarze, mimo takiej ulewy, nie znajdujemy ani kropli.
     
     Piątek, 30 czerwca.
     Początek dnia na przełęczy słoneczny, wędrówka sympatyczna - bo ścieżka grzbietowa w stronę Małej Kieputy nadal nosi ślady przycinania kosówki przez kogoś z tych, którzy byli tu przed nami. Może zresztą więcej osób przyłożyło do tego swoją rękę, bo oprócz gałęzi obciętych sezon czy dwa temu, widzimy także ślady cięć nowszych, niedawnych. Naszej wdzięczności dla poprzedników dajemy wyraz w rozmowach kilka razy.
     Słońce świeci, na grani potwornie silny wiatr - to wszystko sprawia, że suszymy się.
     Przed nami kilka kolejnych szczytów, ale z niewielkimi różnicami wysokości. Dominik nazwał gorgański odcinek swej trasy "Napieranie" - to adekwatne określenie: trzeba po prostu iść naprzód, zacisnąć zęby i połykać kilometry. Na jednej z coraz rzadszych polan widzimy lisa - jedyne większe zwierzę, jakie nam się przytrafiło. W okolicach małej Kieputy Sławek sygnalizuje, że słyszy ryk jelenia. To wszystko.
     Nocleg nad potokiem: możliwość dokładnego umycia się, z której skwapliwie każdy z nas korzysta. Bardzo sympatyczny wieczór przy ognisku, opowieści o rodzinnych dziejach. Niebo piękne, z księżycem i gwiazdami, ale widać też imponujący, przewalający się przez nie od zachodu wał potężnych chmur. Pogody jutro nie będzie.
     
     Sobota, 1 lipca.
     I nie ma: Zwijamy obozowisko przy pierwszych kroplach deszczu, chowamy się pod drzewami i pod plandeką na trochę, ale gdy ulewa nieco słabnie - ruszamy. Jest siódma rano - bo dla mnie to ostatni dzień, chcę dotrzeć na wieczór z Przełęczy Legionów do Stanisławowa - a w dół z przełęczy mam jeszcze do Rafajłowej 2 godziny marszu - więc koledzy idą mi na rękę i przyspieszają o godzinę wymarsz. Ulewa osłabła tylko nieco i tylko na krótko. W godzinę po wyjściu idziemy już w ulewnym deszczu - i tak będzie przez cały dzień. Leje bez przerwy, do tego w partiach szczytowych wiatr wychładza. Efekt: nie zatrzymujemy się na rytualną "przegryzkę" w południe, jeśli robimy przystanki to bardzo krótkie, zasadniczo idziemy non-stop - bo tak jest cieplej. Dożywiamy się tylko jedną paczką orzeszków laskowych, zaoszczędzoną kilka dni wcześniej. A takie tempo oznacza, że tego dnia zrobimy szybko trasę 8 godzin, na Przełęczy Legionów meldujemy się już około godziny 14.30.
     Po drodze, chcąc obejść wielką szczytową kałużę na szlaku, idziemy za wskazaniem Dominika na dół, na Polanę Ruszczyna. Warto! Piękne miejsce, rozległe, ze źródłem wody, oznakowane turystycznie, kilkanaście rozbitych w różnych miejscach namiotów - słowem: serce Gorganów. Podejrzewam, że przy dobrej widoczności także oferujące piękne widoki - jest wszak w drodze na Sywulę. Tylko, że teraz pięknie nie jest, ludzie w namiotach leżą lub śpią, przeczekując deszcz, a my idziemy. Jedna z grup, do której się zbliżyliśmy, to młodzi z Żytomierza. Dziewczyna z tej paczki ma na sobie pelerynę z emblematami Światowych Dni Młodzieży z ubiegłego roku z Krakowa. Żegnają nas pozdrowieniem: "Z Bogiem!"
     Mają zamiar zejść na dół do Rafajłowej czerwonym szlakiem, ja też tak chciałem sobie skracać, ale Sławek z Dominikiem namówili mnie, by jednak kontynuować z nimi przez Taupisz i Taupiszyrkę do Przełęczy Legionów. Nie żałuję - choć doznania szczytowe nie są miłe: woda wszędzie, w butach także, zimno, wiatr, mgła. Jedyna rada: napier...ać.
     Gdy schodzimy na przełęcz, padać przestaje tylko na moment, na tyle, by odczytać napisy przy krzyżu Legionów - za chwilę leje ze wzmożoną siłą.
     Pogoda - i brak wiaty, która rzekomo miała być, ale której nie ma - sprawia, że nie ma czasu na pożegnania. Wyładowuję z plecaka wszystko, co muszę im zostawić, Sławek nabiera wody, Dominik odnajduje depozyt. Tym razem znowu zubożony przez myszy. Był co prawda zgromadzony na 5 osób, więc z głodu nie umrą, bo puszki ocalały - ale z pewnością nie będzie to dieta zrównoważona. Zostawiam im też porcję rezerwową z poprzednich dni, schodząc w dół nie biorę z jedzenia nic. Uścisk dłoni, Cześć, oni zaczynają rozbijać namiot, ja ruszam w dół.
     I na tym kończy się moje 5 dni w Gorganach. Po całkowicie zdewastowanej drodze, miejscami będącej już tylko korytem rzeki, przekraczając ją w kilku miejscach w praktyce w bród, po dwóch godzinach intensywnego marszu melduję się w Bystricy (Rafajłowej), stamtąd załatwiam sobie podwózkę do Nadwornej, skąd rejsowym autobusem do Ivano-Frankiwska, następnego dnia do Lwowa. Wszędzie doświadczam życzliwości ze strony Ukraińców. Od Dominika otrzymuję w niedzielę sms-a, że pogoda OK. Mnie przestało padać na głowę około pół godziny po zejściu z przełęczy.

tekst: Wojciech Waligórski
zdjęcia: Dominik Księski

Płytę z piosenkami
śpiewanymi przez
Dominika Księskiego
kupisz

TYLKO TU
Scroll to top