ŁUK KARPAT 2017

     Przełęcz Użocka - Przełęcz Wyszkowska

     "Spacerek" - tak określił ten etap Heniu, gdy spytałem o trasę ukraińską. Spacerek…
     "Spacerek" okazał się wymagającą, trudną technicznie, pełną chaszczowania, przedzierania się przez kosówkę, wiatrołomy, moczary eskapadą. Cały ukraiński odcinek to 18 dni marszu, ok. 320 km przez pasmo Bieszczad Wschodnich, Gorganów i Czarnohory. Pogoda w kratkę, słońce, burze, gradobicie, wszystkiego pod dostatkiem...
     21 czerwca o 7.00 pod hotel w Ustrzykach Dolnych podjechał bus, który zawiózł nas (Dominika - szefa wyprawy, Bartka, Marcina i mnie), jadąc przez granicę, Chyrów, Stary Sambor na Przełęcz Użocką, gdzie zaczynaliśmy etap. Nie ukrywaliśmy niezadowolenia z ceny za przejazd. 750 zł to było zdzierstwo, ale dotarliśmy szybko do placówki pograniczników na Użockiej. Szlaban, kontrola dokumentów, pytania o cel podróży… Czujemy, że w tym kraju swoboda poruszania się nie do końca obowiązuje. Dominik nie dostaje zgody na dojście do źródła Sanu, odległego od przełęczy ok. 200 m. Za przekroczenie "sistiemy" darmowa podróż do Kijowa i grzywna… Z Bartkiem idą więc szlakiem aby podejść jak najbliżej granicy i "spiąć" się z linią GPS z polskiego odcinka.
     Około godz. 13.00 ruszamy na szlak. Po siedmiu kilometrach łagodnego wznoszenia pierwsze znaczące podejście na Beskid Wielki, Perejbę, a w końcu Hrebenicz (1040 m). Pogoda dopisuje, jest ciepło i słonecznie. Późnym popołudniem docieramy pod Kińczyk Hnylski, gdzie biwakujemy. Pierwsze ognisko, piękne widoki i kolacyjka łagodzą uczucie zmęczenia.
     Następny dzień to długa wędrówka pięknym, połoninowym szlakiem w kierunku wyniosłego Pikuja (1408 m). Od rana go widzimy, słoneczna pogoda sprzyja widokom, jednak odległość jest znaczna. Po drodze trzeba zdobyć wiele pomniejszych górek, podejścia i zejścia powtarzają się kilkanaście razy, słońce staje się upierdliwe, palące. Na szczęście znajdujemy wydajne źródło pod przełęczą Ruski Put i tamże gotujemy przegryzkę. Późnym popołudniem docieramy pod szczyt Pikuja, rozbijamy się na pochyłym stoku przy dużym, płaskim kamieniu, sto metrów od wierzchołka góry. Po kolacji, na lekko, podchodzimy na szczyt. Obelisk, dwa krzyże, tablice pamiątkowe, strzępy flag, na wielu ukraińskich szczytach spotkamy taki kołchoz. Wygląda to na narodową histerię pomnikową, chyba już nie do opanowania. Zachód słońca zamglony, niewyraźny.
     O piątej rano słyszę pomruk burzy. Może się rozejdzie? O 5.30 zarządzamy alarm, czarne chmury pędzą w naszym kierunku nie pozostawiając złudzeń. O szóstej jesteśmy spakowani i mokniemy w rzęsistym deszczu, leje, grzmi, burza na całego. Chwila grozy przy przejściu przez szczyt, a potem jazda bez trzymanki, w dół, "na mordu". Tracę pierwszy kijek, podobno mam do tego talent - ja twierdzę, że mam "do d… kije". Zejście z Pikuja trwa i trwa, deszcz leje i leje, zapada decyzja o rozbiciu płachty i przeczekaniu. Mała przegryzka, zmiana skarpet i po półgodzinie lecimy dalej. Mamy motywację - na przełęczy Beskid czeka nas relaks w eleganckiej restauracji, porządny obiad i piwo.
     Sielanka trwa krótko, przed nami kawał drogi, trzeba zasuwać. Podejście na Serą Kiczerę jest bardzo strome i totalnie zarośnięte. Chaszczujemy mozolnie, zapominając o wcześniejszych luksusach na przełęczy. Droga jest mokra i do wieczora nie rozpieszcza widokami. Dochodzimy do Przełęczy Tucholskiej, do pomnika upamiętniającego przejście Węgrów przez Karpaty pod wodzą Arpada. To dobre miejsce na biwak. Stoją wiaty, jest miejsce na namiot i ognisko, o zachodzie słońca wyłaniają się piękne widoki na dolinę. Dominik idzie po zadołowany depozyt i wodę, my szykujemy obóz. Po przytarganiu depozytu rozpoczynamy degustację rogu obfitości: mandarynki w puszce, batoniki, konserwy, słodycze. Zjeść jak najwięcej, żeby jutro nie dygać w plecaku. Wieczór był bardzo długi.
     Następny dzień zaczynamy jęcząc pod ciężarem naszych plecaków. Trzeba przywyknąć, za trzy dni będzie lżej. Droga wiedzie widokowym traktem - połoniny, lasy. Podchodząc pod Beskid Wierch słyszymy warkot pojazdów, wyprzedza nas kawalkada terenówek na warszawskich numerach, proponują podwiezienie. Nie skorzystamy, w nogach jest moc. Podejście na Jawornik Wielki (1121 m) daje w kość, pogoda nas rozpieszcza, znużenie i zmęczenie doprowadza do dylematu nad wyborem miejsca na biwak. Tu za bardzo wieje, tam za daleko do wody. Zwycięża koncepcja Marcina: zaciszniej, ale dalej.
     Z biwaku za Horbkiem ruszamy w stronę przełęczy pod Węgierskim Kamieniem. Do przejścia ok. 20 km, idziemy wzdłuż gazociągu położonego "na szagę" przez góry i doliny. Widoki super, pogoda dopisuje - żyć nie umierać. Pod koniec dnia niespodzianka - pionowe podejście pod trabant Wodzianego, zejście na Ostrą Przełęcz, wejście na Bliźniec i 350 m zejścia "na mordę" na Węgierski Kamień. Rollercoaster. Biwak pod Węgierskim Kamieniem - bajeczka. Piękna rzeczka, pranie, kąpiel, golenie.
     Rano mgła, siąpi deszczyk, biwak likwidujemy na mokro. Humoru Marcina i Bartka nic nie zakłóca, to ich ostatni dzień wędrówki, w perspektywie finisz na Wyszkowskiej. Startujemy z przytupem - ponad czterystumetrowe podejście na Czarną Repę (1288 m), pionowo w górę we mgle. Na szczycie przejaśnia się, idziemy jak po stole połoninowym szlakiem, odsłaniają się widoki zamglonych Bieszczad. Wkrótce wyłaniają się Gorgany - góry, które dopiero dadzą nam w kość. Dzisiejszy szlak oceniamy na medium w naszej skali trudności, idzie się przyjemnie mijając kilka pomniejszych wzniesień, wczesnym popołudniem docieramy do cmentarza żołnierzy bezimiennych z czasów pierwszej wojny światowej. Obok siebie pochowani Austriacy, Polacy, Rosjanie, Węgrzy. Wielu ich tu poległo. Ślady walk, umocnień, okopów ciągną się na całej trasie naszego przejścia. Na Przełęczy Wyszkowskiej biwakujemy w komfortowych warunkach. Solidne wiaty, chociaż bardzo zaśmiecone, dają możliwość wygodnego posilenia się i wysuszenia. Depozyt jest nietknięty przez myszy, jedzenia znowu mamy nadmiar, szykuje się wieczorna wyżerka. To ostatnie ognisko i nocleg z Marcinem i Bartkiem, rano pakują się i stopem zjeżdżają w dolinę. Mijają się z Wojtkiem, który ruszy z nami w Gorgany.

Sławomir Dworski

Płytę z piosenkami
śpiewanymi przez
Dominika Księskiego
kupisz

TYLKO TU
Scroll to top