ŁUK KARPAT 2017

     Przełęcz Legionów - Stoh

     Jak już wspominałem wcześniej do Przełęczy Legionów dotarliśmy "do gaci" przemoczeni. Od rana "kompletna dupówa": deszcz, mgła, burza, błoto itd. Humory adekwatne do aury. Wojtek nadawał tempo, mając nadzieję na szybki odwrót do Lwowa i ojczyzny. Około godziny 15.00 znaleźliśmy fajne, choć mokre miejsce na biwak. Dominik ruszył na poszukiwania zadołowanego depozytu, ja po wodę. Okazało się, że depozyt został ostro spacyfikowany przez myszy autochtonki, nietknięte zostały tylko konserwy i kilka zupek chińskich (dobra reklama: "nawet ukraińskie myszy nie tkną naszych zupek!"). Będziemy się musieli obejść bez makaronu, ryżu i cukru, ale plusem jest to, że nie trzeba będzie tego nieść. Żegnamy serdecznie Wojtka, który ma do pokonania rozpływającą się kilometrami drogę w dolinę i próbujemy ogarnąć obozowisko - rozpalić mokre drewno, wypić gorącą herbatę, posortować depozyt. Część zdewastowanego przez gryzonie prowiantu dało się jeszcze uratować, trzeba jednak było szmatką powycierać kupki i inne pamiątki po "tubylcach". Towarzyszą nam zaciekawione, pasące się luzem trzy piękne konie. U szyj mają uwieszone dzwonki, których dźwięk słyszymy także w nocy. Nadal jest dżdżysto, mokro i zimno, ale smak mandarynek w syropie rekompensuje nam wiele i poprawia humory. Nie ukrywam, że na przełęczy, w tym bagienno-deszczowo-myszowatym nastroju miałem dość Gorganów, a do końca pasma mieliśmy jeszcze trzy dni marszu…
     Rano nadzieja! Promień słońca przebił się przez chmury i do południa walczył o przetrwanie. Wygrał i towarzyszył nam do wieczora. Szliśmy początkowo przez las, cały czas wznosząc się aż do szczytu Pantyr (1213 m), gdzie stoi słupek graniczny nr 1. Następny taki dopiero na Howerli, ok. 60 km dalej. Tu także, po kilku dniach przerwy, Dominik łapie zasięg i "siedzi na słuchawce" parę chwil. Dalej wznosimy się wchodząc w strefę kosówkową, a potem połoninową. Wspaniały widok towarzyszy nam do wieczora. Podchodzimy na Durnią (1705 m), Gropę (1758 m) i docieramy na Wielką Bratkowską (1788 m). Jej masywny szczyt przeorany jest okopami, umocnieniami, znaleźć można kawałki drutu kolczastego, który przetrwał stulecie. Ze szczytu schodzimy do wydajnego źródła z krystalicznie czystą i diabelnie zimną wodą. Tankujemy do pełna, bo na biwaku wody nie będzie. Za półtorej godziny, tuż przed zachodem słońca, rozbijamy namiot na Małej Bratkowskiej (1677 m). Obok stoi kamienny kurhan owinięty kolczastym drutem. Zbierając drewno na ognisko musimy uważać na walający się drut w głębokich transzejach. Zachód słońca nie daje optymizmu. Na horyzoncie zbierają się grafitowe chmury, a jutrzejszy dzień to chaszczowanie kosówkowe w wersji VERY HARD! Dominik bierze gitarę, mruczymy Wizbora na dobranoc, kolacja z podwójną herbatą i lulu.
     Rano oczywiście "dupówa" na całego, mgła, siąpi deszczyk. "Ale nie leje" - optymistycznie podkreśla Dominik i to ma być motto dnia. Przed nami mooorze kosówy - może z 5 kilometrów. Lekko przetarty szlak (przez takich niezrównoważonych jak my), tempo posuwu ok. 1200 m/godz., a moich przekleństw nikt nawet nie słyszy. Litości, niech się to cholerstwo skończy. Właśnie rozerwałem rękaw kurtki, pękają szwy w paskach nośnych plecaka, Dominik prawie urywa gryf gitary. Co chwila widzimy strzępy ubrań, wyposażenia poprzedników. Dominik wzbogaca się o firmowy pokrowiec od plecaka (żal nie wziąć), mamy cichą nadzieję, że nie natkniemy się na turystyczne zwłoki. Na Steryszorę (1719 m) docieramy po czterech godzinach pełzania i rzucamy się w objęcia. Taka drobna rzecz, a cieszy. Kierownik wyprawy uroczyście przyrzeka, że kosówka jeszcze będzie, ale w wersji medium lub troszeczkę hard. Ze szczytu schodzimy bardzo stromo (ponad 560 m zejścia), niewyraźną ścieżką, przez las do fajnego miejsca biwakowego gdzie rozpalamy ognisko, suszymy się i przegryzamy. Jak jest ognisko, jest nadzieja - przebija się słoneczko, dalsza droga na sucho. Hurra! Drugą część dnia przeznaczamy na podejście na połoninę Płoska (1353 m), od tego momentu zaczyna się droga pasterska połoniną, a widoki przypominają Bieszczady. Tu był zaplanowany biwak, ale decydujemy, że idziemy jeszcze siedem kilometrów dalej, biwakujemy na skraju lasu i pastwiska w towarzystwie tabuna koni (ok. 20 szt.). Koniki tak się naszym obozowiskiem zainteresowały, że w nocy trzeba było je odpędzać. Zaglądały w gary, kopnęły kociołek - jeszcze brakowało żeby do ognia dołożyły.
     Rano wstajemy z optymizmem i z animuszem ruszamy na szlak. Przecież dzisiaj nocleg w pościeli, obiad na talerzu, piwo w kuflu, sklep ze wszystkim! Po dwóch tygodniach coś takiego daje przyśpieszenia. Droga na połoninę Douhą, ładne widoki, w oddali ośrodek narciarski Bukovel z kilkoma widocznymi trasami. Potem schodzimy długą porębą zaliczając kolejne wzniesienia, Wyżnią i Niżnią Prełukę, Horiszków. Z radością spotykamy dwóch rodaków idących z Howerli w kierunku przeciwnym, przedwojennym szlakiem granicznym. Łyczek pysznej nalewki, wymiana cennych informacji, trochę postraszyliśmy się wzajemnie co nas czeka, wspólne zdjęcie i w drogę. Do Przełęczy Tatarskiej docieramy przed piętnastą, mustrujemy w pensjonacie Pereval u pani Wali. Tu w październiku zeszłego roku Maciej zostawił depozyt - mamy nadzieję, że myszy się do niego nie dobrały. Dylemat: co robić? Wykąpać się, czy lecieć na obiad? A może kicnąć do sklepu, rozpakować depozyt, zadzwonić do domu, wyprać ciuchy?… Najpierw piwo. I pomyślimy. To był naprawdę miły dzień i wieczór!
     A rano naprawdę nie chciało się iść dalej. Naprawdę musimy?! Dominik jest twardy i bez serca… Musimy! Wala się chyba ucieszyła, zostawiliśmy jej całkiem spory fragment naszego depozytu. Planowo miało nas być pięciu, a jesteśmy dwaj. Moje paski plecaka są mocno nadwątlone, nie będziemy nosić dodatkowych kilogramów, do granicy zostały cztery dni marszu. Od dziś jesteśmy w Czarnohorze, żegnajcie Gorgany, płakać za wami nie będę. Dzisiejsza trasa to długi marsz wznoszący, do przejścia 22 kilometry z niespodziankami popołudniu. Idziemy wyraźną drogą pasterską mijając Jabłunicę, Prypir, Bukowinę, Seredniański Gruń dochodząc na Połoninę Łabeską (1460 m). Na lekko, bez plecaków, zdobywamy Kukul (1535 m), pod którym przed wojną funkcjonowało znane schronisko turystyczne. Ze szczytu obserwujemy niepozorne trzy szczyciki – Krywe Hegi, które wielu dały do wiwatu. Już od kilkudziesięciu lat na ich zboczu istnieje wielkie zapadlisko, wiatrołom, który trzeba umiejętnie obejść, tak, by nie stracić wysokości. Wielu tam błądzi i niepotrzebnie spada w dolinę. Nam się udało, ale przejście od słupka nr 10 do nr 5 nie było łatwe. Mieliśmy dużego farta spotykając przy ósmym słupku ukraińską, sześcioosobową grupę doświadczonych turystów z Tarnopola, którzy szli z naprzeciwka i zostawili po sobie wyraźny ślad w leśnej ściółce. Spotkanie było dla nich nie lada wstrząsem, ale zakończyło się śmiechem. Dominik szedł sam na zwiad, bez plecaka, w pancergaciach i czarnej kurtce. Była godzina 19.00, ciemnawo, okolica bezludna. Wyłonił się z krzaków wprost na odpoczywającą grupę. Ktoś zagaił - "A ty kto?!", Dominik rezolutnie - "Cziornyj alpinist!". Dla nieznających tematu, "cziornyj alpinist" to znana wszystkim rosyjskojęzycznym turystom postać - zjawa z górskich przypowieści. Musiały im przejść ciarki po plecach! Po śladach Ukraińców, chaszczując i pokonując kolejne powalone drzewa (nie było łatwo) doszliśmy do zaplanowanego miejsca biwakowego pod trzecim Krywym Hegiem, na polance o wdzięcznej nazwie Durna Jama. Po raz kolejny uścisnęliśmy się z Dominikiem, to był naprawdę trudny dzień. No i zaczęło padać…
     Z Durnej Jamy chętnie wychodzimy, choćby ze względu na nazwę. W nocy burza, rano pada. Zaczynamy od podejścia na trzeci Krywy Heg, potem przewyższenie 330 m na Wielką Koźmieską (1572 m) i przez bagnistą przełęcz Rownol Devin walimy 580 m na Howerlę (2061 m). Pogoda daje nadzieję, że przestanie padać, widać przebłyski słońca. Dominik zdobywa Howerlę trzeci raz, ma nadzieję po raz pierwszy ujrzeć panoramę ze szczytu. Na wierzchołku mnóstwo ludzi, podchodzą z różnych stron. Widać, że to kultowe miejsce. Mgła, zimno, porywisty wiatr, pada. Dominik zaklina czas - a może jednak się rozwieje? Robimy przegryzkę szczytową, dajemy górze godzinną szansę, marzniemy, mokniemy - i nic… Denerwuje mnie widok bałaganu na szczycie. Śmieci, chaos pomnikowy (cztery pomniki w różnych formach), wszystko umazane graffiti, podarte flagi, szarfy, patos, nacjonalizm, niepowstrzymany galimatias. Może w słońcu to wygląda lepiej, my schodzimy w narastającej ulewie, nie dane nam było poznać wdzięków howerlanych widoków. Na Breskule (1912 m) leje dalej, idziemy w milczeniu mijając otulone chmurami szczyty Pożyżewska, Dancesz, Turkuł (1933 m). Pod wieczór docieramy nad Jeziorko Niesamowite (1743 m). Teoretycznie jest to Park Narodowy i biwakowanie jest zakazane, ale rano policzyłem, że rozbito ok. 15 namiotów. Teren jest ogołocony z drewna, na juwlu gotujemy herbatę i kolację, ubieramy się we wszystko co mamy (tu teoria, że rzeczy najlepiej schną na człowieku sprawdziła się). Idziemy do "łóżka" o ósmej, wiedząc, że to będzie trudna noc.
     Minus półtora stopnia spowodowało szybszy sen i pobudkę o piątej. Świeciło poranne słońce, znowu optymizm, zwłaszcza, że dzisiejszy szlak miał mieć wybitnie widokowy charakter. I naprawdę ma! Czernohora w końcu pokazała nam swój wdzięk i piękno. Nie dziwota, że chodzi tam tak wielu turystów. Naszym głównym celem był Pop Iwan (2028 m), którego szczyt majaczył na horyzoncie od początku dnia. Dzieliło nas od niego ok. 13 km połoninowym szlakiem, po drodze jednak trawersowaliśmy (Dominik wbiegał na każdy) kilkanaście pomniejszych szczytów, zworników i pipantów. Wreszcie podejście na Popa, na którym w 1937 r. Polacy wybudowali wielkie obserwatorium meteorologiczne. Stoi do dziś, sterczą potężne ruiny, które ktoś próbuje remontować (parę dni wcześniej wizytował to miejsce nasz minister Gliński - wszedł per pedes, po co?). Zastanawiamy się, po co na rubieżach było budować taki gmach. Może to było raczej miejsce tajno-strategiczne? No i niedługo posłużyło. Rozmawiamy z dwoma sympatycznymi ratownikami ukraińskimi, ruch turystyczny zwiększa się, infrastruktury brak. Na niebie zbierają się znajome, grafitowe chmury. "Wiejemy Dominiku!". Schodzimy pod ostrym kątem, początkowo na Waskuł, potem łagodniej na leśną polanę pod nim. Podczas rozbijania namiotu zaczyna lać - nuda, prawie zawsze tak samo. Pojawiają się ciekawskie, huculskie konie z brzęczącymi dzwonkami. To był dla mnie ciężki dzień, od rana walczyłem z grypą żołądkową, sraczka i stan podgorączkowy nie pomagał w marszu. Na szczęście trwało to parę godzin, wieczorem minęło. Następnego dnia niemoc dopadła Dominika.
     Według planu miał to być lajtowy, ostatni dzień w Czarnohorze i na Ukrainie. Teoretycznie był, nawet pogoda jakby na chwilę nam sprzyjała. Minęliśmy Przełęcz Szybeńską, na której Dominik uczcił połowę swojej wędrówki (raptem 1100 km za nim i tyleż przed), dalej Połoniny Ryża, Tryhora, Szczawnik i Czubrowa. U bacy wymieniliśmy trzy paczki fajek na pyszną gomułkę owczego sera. Mijaliśmy kolejne stada owiec, krów i koni, a na ostatni szczyt przed granicą - Raduł (1598 m) - Dominik wszedł na lekko, bez plecaka. Widać było zmęczenie spowodowane niedyspozycją. Doszliśmy do podnóża Stoha - góry ongiś stanowiącej trójstyk granic polskiej, czechosłowackiej i rumuńskiej. Zostaliśmy wylegitymowani przez ukraińskiego pogranicznika i zaczęliśmy schodzić w dolinę na spotkanie z ekipą Macieja. Na mapie była wyraźna ścieżka, w rzeczywistości totalne chaszczowanie trwało ponad godzinę. Doszliśmy do leśnej drogi spóźnieni o trzy godziny. Macieja i Gienka "niet" - trzeba zasuwać do Łuch (ok. 15 km) na nogach. Można się załamać, a miało być tak pięknie… Idziemy, a raczej powłóczymy nogami ok. 5 km i spotykamy jadącego z naprzeciwka Landrovera Maćka. Jesteśmy uratowani i uradowani! Pakujemy się i za godzinę jesteśmy na obiedzie w restauracji w Rachowie. Wieczorem przekraczamy granicę w Sygiecie Marmoroskim. Jesteśmy w Rumunii.

Sławomir Dworski

Płytę z piosenkami
śpiewanymi przez
Dominika Księskiego
kupisz

TYLKO TU
Scroll to top