KAUKAZ 1990

Stąd równin nie widać

KAUKAZ 1990

 

     W tym roku wybraliśmy się na Kaukaz we trójkę. Z bazy w Dombaju pobraliśmy opisy dróg, radiotelefon. Zostawiliśmy tam część żywności i - w drogę.

 Śnieżnik
     Pod nami już ponad tysiąc metrów. Idziemy w górę po stromym, śnieżnym polu. Lewa noga, prawa noga, wbicie czekana i wdech, odpoczynek i wdech. Niczym cztery ćwierćnuty w takcie. Co pewien czas kose spojrzenie w górę, czy czegoś nie widać. Już ostatni odcinek (" prosto w górę po trawiastej ścieżce a następnie po śnieżniku na noczowki"), ale ten śnieżnik, to prawie godzina drogi. Jeden garb, za nim następny, trzeci a dalej też biało. I oczywiście zaczyna padać deszcz.

Sofrudżu
     Przełęcz. Właściwie przełączka. Peremyczka. Z lewej trochę skałek, skręcamy w prawo. Czy to już główny szczyt Sofrudżu? Chyba nie. Przed nami, za niegłębokim siodłem ustawiony w poprzek grzbiet. Jakby wyższy, zdania są podzielone. Z opisu mało wynika, nie ma rady, trzeba sprawdzić. Na bardzo stromym stoku śnieg nieco głębszy, przebijamy się przez niewielki nawis, kilka kroków w lewo i nie ma wątpliwości. To Sofrudżu. 3871 metrów. Dwa kilometry i trzysta metrów niżej (w pionie) - Dombaj. Jest dziesiąta może jedenasta (Jackowi zamókł zegarek, a budzik został w namiocie). Dziś dzień bajecznie prosty. Cały czas po śniegu, piękne słońce, wesoło. Na zachodzie niebo jakieś dziwne. Ni to tęczowe, ni to przymglone. Nie bardzo się przyglądamy, a szkoda, bo później nam powiedzieli, że widzieliśmy Morze Czarne. Rozpoznajemy znajome już góry: Amanauz, Dżuguturłuczat, Dombaj Ulgen. I oczywiście karmimy się czekoladą.

Sofrudżyńskie Noczowki
     Trzecia rano. Drużyna z Rostowa już w pełnym ruchu. Sprężamy się i my. Coś tam jemy, choć nie bardzo wiadomo, co. Dużo herbaty. Niby noc, ale na wschodzie jasno. Nad Elbrusem wschodzi Wenus. Za przełęczą Biełałakajską zachodzi księżyc. Za chwile pójdziemy właśnie w tamta stronę, na Biełałakajkę. Wiatr. I oczywiście zimno jak sto pięćdziesiąt.

Biełałakaja 
     Z rachunku wyraźnie wynika, że przy tym tempie poruszania się schodzić ze szczytu będziemy po zmroku. Nie chcemy ryzykować, aby pierwsze wejście w tym sezonie (Sofrudżu to "krowi teren" w porównaniu z Biełałakają) było takie długie. Odwrót. Pięć zjazdów, wejście na stromy płat śniegu. Znów się związujemy w trójkowy zespół. i dobrze, bo co rusz ktoś leci. Każdy z nas może opowiedzieć, co czuje człowiek, który w niekontrolowany sposób zsuwa się po śniegu i bezskutecznie próbuje ryć czekanem. Jest jednak lina i w pewnym momencie w dużym dziwnym skrócie widać przez ośnieżone gogle, pod słońce dwóch asekurujących mocno zapartch na swoich czekanach. A w kieszeniach - oczywiście - pełno śniegu.

Dombaj
     Dzień odpoczynku. Upał. Pierzemy, gotujemy, chodząc jak muchy w smole. Jesteśmy kompletne dętki. Podeszliśmy pod treningową skałkę, ale komu by tu się dziś chciało wspinać? Siedzimy w kawiarni, spoglądamy na Pik Ine, schylając się prawie pod stół, żeby dojrzeć szczyt. Niezły szpic, podobny do naszego Mnicha. Wieczorem szef punktu kontrolno-ratownicznego daje nam ostatnie błogosławieństwa na drogę: Łączność - jak poprzednio - 13:00, 20:00, noczowki na morenie za ryżymi skałami, do noczowek - 3 godziny, na szczyt - 3. Mnożymy sobie w myślach te czasy przez dwa i upewniamy się, jaka będzie jutro pogoda (na dworze leje, jakieś mgły, zimny wiatr). - Ocziewidno charoszaja! - brzmi odpowiedź.

Pik Ine
     Rodzyneczki w czekoladzie, łyk wody z sokiem, czekoladka, znów łyk wody, czyli szczyt. Pik Ine. Marek robi zdjęcia. Miejsca niewiele, ale można siąść, zdjąć kask - tu akurat nie spadnie z góry żaden kamień, podumać. Czy nie będzie kłopotu ze znalezieniem powrotnej drogi? Grań, potem zjazdy. Ile? Dokąd zjeżdżać a skąd schodzić? Z asekuracją czy bez? Będzie trawers, grzęda, mokry kuluar, trawers; po ramieniu w dół do przełączki, skąd już tylko piarg, śnieżne pole i namiot. Trzeba wstawać. Ruszamy w dół po ostrej, nastrzępionej żyletkami płyt grani. A z dołu w górę - oczywiście wychodzą nam na spotkanie szarawe, niebieskawe mgły.

Kolejka
     Machamy nogami, siedząc na krzesełku kolejki liniowej. Wszystko za nami! Za nami wykańczające słońce, kluczenie między lodowcowymi szczelinami, zejścia z worami po mokrych ścianach w czasie burzy, oglądanie z góry chmur... W ciągu 20 minut jazdy Pik Ine zmienia kształty, oddala się... Nogi, nienawykłe do podróżowania w powietrzu z trudem znów depczą ziemię. Rozmawiamy. Niczym motto krąży po głowie znany refren:
     "I przestańcie się spierać o bzdury,
     Każdym krokiem potwierdzam tę myśl,
     Że piękniejsze od gór - tylko góry,
     W które jutro dopiero masz iść..."

     I - wyjątkowo - udaje mi się założyć plecak tak, że nie dostaję rakami po głowie.

 

Dominik Księski, grudzień 1990
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Dominik Księski, "Pik Ine", śpiewa autor
 

 

Scroll to top