Gorgany 1996

Wiesz, za czym tęsknię

Gorgany 1996

 

KATOWICE
     Jeszcze jesteśmy w Polsce. Restauracja dworcowa, dbają o kasę: zakaz spożywania własnych potraw. Zamieniamy się kanapkami. Agnieszka je nasze kanapki, my - Moniki. Wszystko gra.

GRANICA
     Najbardziej baliśmy się, że celnicy otworzą nam wszystkie puszki. Nie otworzyli

STANISŁAWÓW
     Na dworcu filia restauracji "Drogowej". Danie nocy - kanapka ze słoniną i kawa zbożowa (nie próbujemy). Toaletę prowadzi Spółka "Higiena" (nie sprawdzamy korelacji między nazwą spółki a stanem toalet, wystarczy nam to, co widać). Bohaterowie Związku Radzieckiego mają toaletę za darmo. Trudno się cokolwiek dowiedzieć o odjeżdżających pociągach - informacja ustna kosztuje 50 tysięcy karbowańców, pisemna - 60 tysięcy (30 centów).
     
Jedziemy samochodem, który zabiera nas dalej w góry. Mijamy najpierw " Kafe Opryszek", potem - motocyklistę w hełmofonie czołgisty.

PARENKIE
     Szlaków turystycznych w Gorganach nie ma żadnych. Przedzieramy się przez kosówkę. Odpychamy ją ramionami, rękoma, plecakiem, przebijamy się na byka, na czworakach. Grzbietem prowadzi tylko wąska ścieżka, która czasem się gubi. Drę po kolei: koszulę, plecak, pokrowiec na śpiwór, spodnie, szwy kurtki na ramionach, pokrowiec na gitarę. Gdzie spać będziemy - nie wie nikt.

POPADIA 
     Szczyt, z którego nie widać żadnego ludzkiego osiedla. Wokół góry, przełęcze, doliny. Aż po horyzonty. Wokół szczytu ciągną się doskonale zachowane linie okopów z I wojny światowej. Chronimy się w nich i na suchych gałęziach kosodrzewiny gotujemy herbatę. Ze wzruszeniem podziwiamy polskiego orła na przedwojennym słupku granicznym.

BIWAK
     Nareszcie woda. Poprzednie trzy noclegi były na przełęczach, po wodę schodziliśmy głęboko w dolinę. Namioty stłoczyły się na małej, suchej płasience tuż nad brzegiem. Reszta doliny nierówna, powykręcana, podmokła.
     Strumień szumi, jak obłąkany, jedzenie - kasza gryczana i gulasz wołowy dochodzi w kociołku, w drugim gotuje się herbata.
     Czasem porównujemy te góry z Bieszczadami czy Tatrami. Wychodzi nam na to, że jeśliby Tatry Zachodnie były tak rozległe jak Bieszczady i gdyby odjąć od nich wszystkich ludzi i wszystkie ścieżki, a dodać takie warunki biwakowe, jakie miał doktor Chałubiński 100 lat temu (np. palenie kosówką) - mamy dzisiejsze Gorgany. Bo biwaki tu są takie, o jakich każdy turysta marzy podczas długich zimowych godzin pracy (nauki, studiów niepotrzebne skreślić).

DOLINA DAROWA
     Idziemy długo wzdłuż linii kolejki wąskotorowej. Co dziesiątego podkładu nie ma, co dziesiąty spróchniały. Często pod tory rzucone są ledwo co okorowane okrąglaki. Szyny popękane, powykrzywiane, śruby luźne, czasem zamiast śrub wbite haki. Drogi nie ma, jedyny środek lokomocji tu to kolejka.

DYSKUSJE
     W domku dla robotników leśnych dyskutujemy, niczym u Dostojewskiego, o miłości. Przy ognisku na przełęczy pod Małą Popadią - o polityce (jak u Majakowskiego). W hotelu Bertianka - niczym u Turgieniewa (o życiu). O wódce (jak u Jerofiejewa) - pod Bratkowską, o przemijaniu (niczym u Czechowa) - w drodze na Połoninę Czarną.

DARÓW
     Po raz pierwszy w życiu widzimy drezynę. Wygląda jak ciężarówka z lat pięćdziesiątych, ustawiona na kołach od wagonu. Ludzie wchodzą pod plandekę i jadą na grzyby. Drezynki śmigają raz w górę, raz w dół. Wcześnie rano odjeżdża egzemplarz tak napakowany ludźmi, że uczepieni z tyłu wiszą, jak w tramwajach z końca lat 40.
     Następnego dnia jedziemy i my. Pada deszcz i drezyna z trudem pcha się do góry, bo szyny śliskie. Siedząca obok nas babunia wyskakuje i pcha pojazd. Po chwili wychodzi z kabiny także maszynistka. Sypie zebranym z pobocza piaskiem pod koła. Pojazd przyspiesza. W nagrodę babusia wsiada do szoferki.

BURZA POD PRZEŁĘCZĄ LEGIONÓW
     Zastygamy w lesie. Doktor kucnął pod peleryną i wygląda jak zielony grzyb, Joanna naciągnęła na siebie niebieski worek i utworzyła z siebie kosteczkę o bokach 40, 40 i 100 centymetrów. Inni pod drzewami, płaszczami deszczowymi.

PRZEŁĘCZ LEGIONÓW
     To tu jesienią 1915 roku II Brygada Legionów Polskich przełamała front rosyjski. Na szerokim siodle dwumetrowy kopiec i dziesięciometrowy żelazny krzyż, postawiony w latach trzydziestych ku pamięci legionowego czynu. Piękne miejsce biwakowe. Doboszankę widać jak Tatry z Turbacza. Płaskie, wyrównane ongiś pod działa, miejsca na namioty, krystaliczne źródełko tuż za transzeją.

CZARNA POŁONINA
     20 kilometrów pięknych widoków, których nie zobaczyliśmy. Mgła, deszcz, wiatr - i tak przez dwa dni. Ze Steryszory schodzimy korytem strumienia. Zwolennicy przedzierania się brzegiem kapitulują i w końcu wszyscy walą prosto strumieniem. Droga pojawia się, gdy jest szeroki już na 2 metry.

JASINIE
     Koniec wycieczki. Decydujemy, że nie pójdziemy z powodu deszczu w Czarnohorę, jedziemy za to na ostatnie trzy dni do Lwowa.

LWÓW
     Trafiamy na święto 5-lecia Ukrainy. Całe miasto żółto-niebieskie, niebiesko-żółte, żółte i niebieskie, niebieskie i żółte. Ze wzruszeniem witamy każdą reklamę Coca-Coli. Biało-czerwoną.

 
Dominik Księski, wrzesień 1996
 Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Jurij Kukin, Pojedziemy, przełożył i śpiewa Dominik Księski

 

Scroll to top