FOGARASZ 2003

Jacek Ludwiczak, Dominik Księski, Maciej Grzmiel i Kuba Grzmiel na szczycie La Om w paśmie Piatra Craiuloi.
 

Bran - Moldoveanu 2003

10-22 lipca 2003


 
UCZESTNICY 
Kuba Grzmiel (16) 
Maciej Grzmiel (41) 
Dominik Księski (44) 
Jacek Ludwiczak (45) 

 

DOJAZD 
Wyjazd: Żnin, 10 lipca 2003, 16.20 
Trasa: Żnin, Mogilno, Strzelno, Konin, Uniejów, Szadek, Łask, Piotrków, Sulejów, Kielce, Busko, Tarnów, Jasło, Krosno, Barwinek, Preszów, Koszyce, granica, Miszkolc, Debreczyn, granica, Arad, Oradea, Deva, Sybin, Sercaia, Poiana Marului, Zarnesti, Plaiul Foii, Rudarita, dolina potoku Lerescu, Zarnesti, Bran (godz. 20.25, 1588 km) 
Czas jazdy: 24 godz i 20 min. plus 3 godz i 40 minut na dołowanie żarcia 
Granica, śniadanie, vulkanizare: 1 godzina i 50 minut 
Jazda z odliczeniem postojów: 22 i pół godziny. Średnia prędkość po odliczeniu postojów (bez uwzględnienia dołowania żarcia): 68,5 km na godzinę. 

POWRÓT 
Wyjazd: Bilea Lac, 21 lipca 2003, 6.20 
Trasa: Bilea Lac, Sybin (w mieście 3 godziny i 40 minut), Arad, Oradea, Miszkolc, Preszów, Tarnów, Kielce, Łódź, Zgierz, Krośniewice, Kowal, Żnin (godz. 11.30, 1480 km)
Czas jazdy: 26 godz i 30 min. plus 2 godz i 40 minut na zwiedzanie Sybina 
Odpoczynki na posiłki, kawkę, granica, odwiedziny itp: 4 godz. 40 min. 
Jazda z odliczeniem postojów: 21 godz. 50 min. Średnia prędkość po odliczeniu postojów 67,8 km na godzinę. 

KOSZT PRZEJAZDU 
Citroenem berlingo przejechaliśmy 3.260 km w trzech odcinkach: Żnin - Bran (1588 km), Bran - Bilea Lac (191 km) i Bilea Lac - Żnin (1480 km). 
Spaliliśmy 217 litrów benzyny (6,66 l na 100 km). Benzynę tankowaliśmy w Polsce (110 litrów po średniej cenie 3,44 zł za litr) i w Rumunii (107 litrów po średniej cenie 2,94 zł za litr). Jedno lanie do baka w Rumunii (ok. 40 litrów) to ok. milion lei. 
Ogólny koszt benzyny to 700 zł (na jednego 175 zł). 

WYDATKI 
1. Wydaliśmy w Polsce 1065 złotych. 
Benzyna: 380 zł, leki 45 zł, gaz do maszynki 145 zł, Jedzenie (na podróż samochodem i w góry) 500 zł. 
2. Wydaliśmy w Rumunii 11 milionów lei (100.000 lei to ok. 12 zł). 
Benzyna: 2.600.000, trasa Victoria - Bran (wynajęte samochody) 200.000 + 1.200.000, mandat 400.000, vulkanizare 100.000; 
Hotel Bran (2 pokoje dwuosobowe) 1.000.000, pensjonat Alexia (2 pokoje dwuosobowe) 1.000.000, schronisko Bilea Lac (1 pokój czteroosobowy) 1.700.000 
Jedzenie w lokalach gastronomicznych 1.800.000 (4 posiłki) 
Inne (bilety na zamek, wymiana wentyla, zakupy w sklepach spożywczych i inne drobne rzeczy) 1.000.000 
3. Wszystkie wydatki w złotówkach i w lejach) w przeliczeniu na złotówki wyniosły ok. 2.400 zł, czyli na jednego 600 zł - z dojazdem, spaniem, jedzeniem i programem (bez kieszonkowego). 
4. Na jedną osobę: 
benzyna: 175 zł 
przejazd Victoria - Bran: 42 zł 
jedzenie własne: 124 zł 
jedzenie w lokalach (4 posiłki): 54 zł 
trzy noclegi - hotel, pensjonat i schronisko: 111 zł 
inne (gaz, apteczka, bilety na zamek, drobne zakupy spożywcze w Rumunii, mandat, naprawy wozu itp.): 92 zł 

DEPOZYT 
Jedzenie na pierwsze trzy dni zabieraliśmy ze sobą, na następne cztery zdeponowaliśmy na przełęczy Lerescui. Akcja dołowania depozytu wmontowana była w dojazd (nadłożyliśmy 46 km), zajęła niecałe 4 godziny: 1 godzina 10 minut to trasa z Zarnesti do górnej partii doliny potoku Lerescui; 90 minut - wejście na przełęcz, wrzucenie depozytu w trzy warstwy foliowego worka, zamaskowanie go gałęziami i igliwiem, zejście; 1 godzina - jazda z powrotem do Zarnesti. 
Jedzenie przechowało się przez 4 dni idealnie - także chleb. Depozyt podjęliśmy nienaruszony. 

JEDZENIE 
Zabraliśmy (netto) około 30 kg jedzenia na siedem dni. Przyjęliśmy w planowaniu maksymalnie 1 kg żarcia (bez wody) na jednego człowieka. Okazało się to za dużo. Spokojnie można było przyjąć 0,87 kg żarcia netto na jednego. 
Cukru (1,6 kg) starczyło na styk, herbaty wystarczyłoby 280 gram (w torebkach) na cały wyjazd (niepotrzebnie została zabrana 1 stugramowa paczka indyjskiej), czosnku dwa razy za dużo. Masmixu zostało pół kilo, a i to dużo go poszło jako dodatek na wzmocnienie obiadów. 
Obiady schodziły całe. Chleb w granicach błędu. Zbyt obficie zaplanowane były przegryzki i nieco przedawkowane śniadania. Gdy bierze się zupkę typu smakuchna - rzadko kiedy trzeba dojadać więcej niż kromką chleba. 
Dwa obiady nie poszły. Pierwszy, bo zjedliśmy kolacyjkę w schronisku. Drugi - bo następnego dnia doszliśmy późno na nocleg, gdzie dopiero rano mieliśmy wodę, a ta, z którą doszliśmy została przeznaczona wyłącznie na herbatę. 

PALIWO 
Gotowaliśmy na ognisku (pierwsza część wycieczki) oraz na maszynce zasilanej gazem propan-butan. Jeden ładunek 470g starczał na 2 obiady, śniadanie i przegryzkę. 

NAMIOT 
Ottawa Campusa sprawdziła się. Wymiana śledzi z pancernych na szprychy motorowerowe sprawiła, iż mieścił się w 4 kg wagi, a szprychy nawet w dużym wietrze odpowiednio umocowane (w niektórych miejscach podwójnie na krzyż) i obłożone kamieniami nie miały ochoty puszczać. 

POJEMNIKI NA WODĘ 
Każdy miał pojemniki na 3 litry wody, co ułatwiało jej przynoszenie ze strumieni i odległych jarów. Nigdy nie trzeba było robić dwóch wyjść na jednym biwaku. 

BAGAŻ WSPÓLNY 
Jedzenie, namiot (4 kg), gitara (1,7), pięciolitrowy kociołek z chochelką (0,7), palnik (0,3), apteczka (0,3), łopatka (0,1). W momencie wyruszenia na jedną osobę przypadało około 5 - 6 kg bagażu wspólnego. Siekiery nie braliśmy i nigdy nie potrzebowała się przydać. 

MAPY 
rumuńskie: 
1. Muntii Bucegi (Bel Alpin 2001) 1:53 000 (MB) 
2. Piatra Craiului (Bel Alpin 2001) 1:30 000 (PC) 
3. Muntii Fagarasului (Bel Alpin 2001) 1:75 000 (MF) 
węgierska: 
4. Cinci Munti din Curbura Carpatilor: Piatra Craiului, Bucegi, Postavarul, Piatra Mare, Ciucas (Dimap 2003) 1:70 000 (CM) (kupiona po wyjeździe) 
5. Muntii Fagarasului (Dimap 2002) 1:60 000 (FH) (kupiona po wyjeździe) 

W podróży samochodem nie notowałem krótkich przystanków poniżej 10 minut. 
Notowałem każdą wodę na trasie wycieczki między 12. lipca 10.45 a 19 lipca godz. 11.00. Krótkie przystanki (kilka minut) nie były notowane. W całej relacji godziny wg czasu polskiego (by przestawić na rumuński, trzeba dodać godzinę). 


DOJAZD 
Dzień -2, czwartek 10 lipca 2003, Żnin - Bran (1588 km)  
     Pada. Znoszę bagaż do samochodu. Jadę po Jacka. Leje. Ojciec Jacka pod parasolem: - Front deszczowy tylko do stu kilometrów! Jedziemy po Maćka i Kubę. Potem pod blok, gdzie żegna nas komitet pożegnalny. Ładujemy odzież od Olka i Zbyszka w prezencie dla Marianny z Sebesu de Sus. Odwozimy Dorotkę na Jasną, zerujemy licznik i w drogę. 

Dzień -1, piątek 11 lipca 2003, Żnin - Bran (1588 km)  
     Jest nas trzech kierowców, nie ma więc kłopotu z prowadzeniem - zawsze któryś jest wypoczęty. Granicę słowacką i węgierską przekraczamy szybko, dopiero na rumuńskiej stoimy 50 minut. Rok wcześniej jechaliśmy z Oradei na skróty przez Beius. Było długo, ciągle pod górę, traktory i kopcące ciężarówki na zakrętach. Nie opłaca się. Droga okrężna przez Arad dalsza, ale droga lepsza. Jedzie się szybciej (o godzinę). 
     Przy wjeździe do Sybina jakiś gość pokazuje na koło. Rzeczywiście - resztka powietrza. Vulkanizare trzydzieści metrów od nas. Pół godziny i jedziemy dalej. 
     Mijamy Fagaras, w miejscowości Sercaia skręcamy w kiepską drogę na Zarnesti. Jedzie się źle, podjazdy, dziury. Z Zarnesti do Plaiul Foii pralka na białej szutrowej drodze: 12 km jedziemy pół godziny. Na zakaz wjazdu dalej i obietnice kar nie zważamy, ostatecznie mogliśmy zabłądzić. 
     Dalszych 9 km do Rudarity jedziemy 25 minut. Droga coraz gorsza, ale przejezdna. W górę potoku Lerescu wjeżdżamy ostrożnie, kałuże, koleiny, duże kamienie, czasem o coś zahaczamy podwoziem, ale po dwóch kilometrach i piętnastu minutach dojeżdżamy tam, gdzie chcieliśmy. 
     Od drogi namalowany jest na przełęcz Lerescui czerwony szlak. Najpierw przechodzi potok, potem wygodną ścieżką wspina się ostro na przełęcz. Idziemy z Maćkiem bez bagażu około 40 minut. Na przełęczy mokro. Dołujemy wór i schodzimy. Jacek w tym czasie wykręcił już wozem. 
Z Zarnesti mogliśmy jechać do Branu skrótem, ale z rozpędu wybraliśmy okrężną drogę przez Rasnov. Oświetlone zamczysko w Rasnovie wygląda o zmroku bardzo dostojnie.
     W Branie byliśmy o wpół do dziesiątej czasu rumuńskiego. By nie tracić czasu na szukanie i dyskusje, uderzyliśmy wprost do hotelu Bran. 2 dwuosobowe pokoje o śmiesznym umeblowaniu: milion lei. Prysznice są w pokojach, ale bez kabiny, przy myciu cała łazienka zalana jak z wodospadu. 
     Następnego ranka wybieramy się z Maćkiem na poszukiwanie miejsca do zaparkowania na 8 dni wozu. Hotel nie ma strzeżonego parkingu, interesuje nas jakiś pensjonat z podwórkiem ogrodzonym porządnym murem. 
Jedziemy na południe, kalkulując, że dalej od zamku będzie taniej. Pierwszy pensjonat, przy którym się zatrzymujemy nosi czarowną nazwę Alexia. Jedna z pracownic włada angielskim, szef też. Podwórko jest, mur jest, żelazna brama jest. Zamierzamy tu nocować po powrocie. Właściciel chce od dwuosobowego pokoju tyle, co za hotel, ośmiodniowy parking - gratis. Prawdopodobnie można było coś utargować, ale chodzi nam przede wszystkim o parking. 
     Pokoje z podwójnymi małżeńskimi łożami, łazienka bez uwag, infrastruktura szafkowo - półkowa mizerna, stoliczków nie ma. 
     Wracamy do hotelu, zabieramy kolegów, stawiamy wóz przy murze i zakładamy plecaki. 

TRASA 
Dzień 1, sobota 12 lipca 2003. Bran - Cabana Curmatura (13 km, 1040 m przewyższeń) 
     10.45. Bran (ok. 800 m). 20oC. 65% wilgotności. Ruszamy z mostku, przy którym duża dokładna mapka (o błędzie na niej - dalej). Rozpoczyna się tam szlak znakowany niebieskimi trójkątami, wiodący przez Dealul Magura do wioski Magura. Rumuńskie mapy MB i PC nie pokazują go, jest ładnie wyrysowany na węgierskiej mapie CM. 
     Ostre podejście bukowym lasem. Kwadrans odpoczynku na stromej widokowej skarpie (widać Bran, a nawet podwórko z zaparkowanym naszym samochodem), następnie beskidzkim szlakiem w stronę szczytu Magura Mica (1375 m.), na który droga jednak nie wchodzi. 
     13.00 Kwadrans przystanku. Jak na Jurze. Skałki, kwiatki, trawa, słońce. Po lewej widać wioskę Magura, w dali wąwóz Prapastile Zarnestilor oraz oczywiście cały grzebień Królewskiej Skały. 
     Stromy slalom wśród powyrywanej trawy i krowich śladów na urzekającą polanę z wysoką trawą i kwiatami, po lewej w dole bacówka. Na polanie ścieżka zanika, znajduje się za nią, gdy mocno odbija po poziomicy w prawo. Pięknie poprowadzona, ładnie wydeptana dróżka mijając czysty strumyczek dochodzi do wiejskiej drogi. Przechodzimy obok cerkiewki. 
     W centrum wsi sklep z czymś w rodzaju baru. Kilka możliwości zejścia w dolne partie wąwozu Prapastiilor pokazuje węgierska mapa CM, my zapędzamy się do rozstaju dróg - prawa idzie pod górkę w stronę Casa Folea, lewa lekko schodzi w stronę wsi Pestera. Zero znaków. Cofamy się kilkanaście kroków i spytany o drogę gospodarz pokazuje nam zgrabną ścieżynkę spadającą po jego pastwisku w dół, wprost do wąwozu. 
     15.07. Wąwóz suchy jak pieprz, stoimy na zakręcie drogi w prawo obok resztek szlabanu oraz tablicy pokazującej niebezpieczeństwa zboczenia ze szlaku (Stimati Vizitator!...). Po tych cechach - jeśli ktoś będzie szedł tą drogą w drugą stronę - można poznać niewyraźny jar, którym wśród śliskich bukowych liści należy wybrać się w górę, . Należy iść lewą (patrząc od dołu) stroną jaru, odnajdując następnie wyraźną wyżej ścieżkę i mając przygotowane fajki dla gościa, któremu wyjdzie się na podwórko. 
     Idziemy teraz drogą jezdną znakowaną niebieskimi paskami. Biały żwir, z rzadka samochody. Wąwóz imponujący. Bardzo wysokie, przepaściste ściany. Na ścianach wspinacze na trudnych i ekstremalnych drogach. Akurat odbywa się triathlon Iron Man Romania, załapujemy się na pyszną wodę sodową na punkcie regeneracyjnym dla zawodników. 
     15.45 Nagrobek z daszkiem, pod którym można się schować. Pnie drzew, przygotowane do zwiezienia. Wąwóz rozchodzi się na dwie części. W lewo dolina Vladusca - sucha, z ogromnymi wygładzonymi wodą wapiennymi głazami (szlak z czerwonymi krzyżykami). Brak wody, herbatkę gotujemy na sodowej z triathlonu. 
     16.45 Ruszamy dalej głównym ramieniem wąwozu szlakiem znaczonym niebieskimi paskami. 
     17.00 Wąwóz skręca ostro w lewo. Po prawej duży, czysty, wsiąkający w ziemię strumień i nadająca się na niekoniecznie wygodny nocleg niewielka jaskinia. Tu należało zrobić przegryzkę. 
     Szlak idzie w lewo wąwozem (jego dalszy przebieg w terenie zgadza się z przebiegiem na mapach PC i CM). Strumyk dochodzący koło jaskini do wąwozu jednak jest na tyle pociągający, że zauważamy prowadzącą nim ścieżkę oraz stary znak z niebieskim paskiem. Ta droga jest jako niebieski szlak zaznaczona na mapach widniejących przy mostku w Branie oraz w schronisku Cabana Curmatura. Dochodzimy do wniosku, że jeśli kiedyś tędy prowadził, to przejdziemy i puszczamy się po mokrych kamieniach między oślizgłe ściany. Trasa jest interesująca, mijamy kolejne progi, niekiedy wymagające pewnej zręczności. Pomagają nam ukośnie podstawione belki, czasem z wyciosanymi stopniami czy starymi klamrami. Bywa, że widzimy zarysy dróżek, odchodzących w las, ale trzymamy się strumienia aż do momentu, kiedy ściany zwężają się mocno, a teren staje dęba. Po prawej chwytamy niezłą ścieżkę. O tym, że idziemy dobrze, upewniają nas drzewa z ranami po wyciętych siekierą znakach turystycznych. 
Komentujemy trasę. Szlak w zejściu musiał być bardzo niebezpieczny i to zapewne zdecydowało, że przeniesiono go o półtora strumienia w lewo. Pod górę jest rewelacyjny i przypomina łatwiejsze partie górnej części tatrzańskiego Wąwozu Kraków. 
     18.00 Ścieżka nagle wyprowadza na polankę z idyllicznym strumykiem i rozbitymi kilkoma namiotami. 
Dalej idziemy w ogólnym kierunku północnym, pod górę, sterując lekko na lewo, aby chwycić szlak z żółtymi trójkątami. Jakoż wkrótce stajemy na szerokiej drodze idącej po poziomicy w kierunku zachodnim. Znaków żółtych nie ma, ale kierunek słuszny więc wychodzimy tą drogą na dół obszernej polany. Na skos w prawo w górę do dużej bacówki i kolejnej szerokiej drogi na zachód. Nią łapiemy niebieskie paski, idące od lewej z góry na prawo po równym. Skręcamy na prawo i po męczącym podejściu dochodzimy do schroniska. 
     18.30 Cabana Curmatura (1440 m). Godne polecenia danie: mamaliguta zu branza si smantana czyli mamałyga z bryndzą i śmietaną czyli kasza kukurydziana z serem polana śmietaną. Wchodzi w gardło jak nóż w ciepłe masło. 
Miejsc wolnych nie ma, rozbijamy się na sympatycznej łące na zachód od schroniska, obok innych biwakowiczów. Woda blisko. Ognisko, księżyc w pełni, ładne widoki. 
     21.00, 1440 m, 8oC. 94% wilgotności. 

Dzień 2, niedziela 13 lipca 2003. Cabana Curmatura - skała między La Zaplaz a Saua Tamaselului (7 km, 800 m przewyższeń). 
     6.30, 1440 m, 10oC, 94% wilgotności. 
     8.00 wyjście na szlak znaczony żółtymi trójkątami. Należy uważać na drogę, bo żółty z nizin dochodzi do schroniskowego drogowskazu z prawej strony wygodną szeroką drogą i skręca przy nim pod bardzo ostrym kątem, idąc wraz z innymi szlakami mniej wyraźną drogą w górę. Można się pomylić i walić w dół na Zarnesti. 
     Przy schronisku ostatnia tego dnia woda. Na całym grzbiecie wody (oprócz deszczu) nie ma. 
     8.30 Widokowa przełączka Saua Crapaturii. Żółty szlak przechodzi na wprost, my przesiadamy się na czerwone kółka, które prawdopodobnie towarzyszyły nam od schroniska, ale ponieważ mapa ukazywała na tym pierwszym odcinku jedynie żółte trójkąciki, nie zawracaliśmy sobie głowy pozostałymi wzorkami. 
     Spotykamy Polaków, których właśnie okradziono z jedzenia i pieniędzy. Kto - nie wiedzą. Spali. 
     Z przełęczy widok na majestatycznie rysujący się na północnym wschodzie wulkan Magura Codlei (1291 m). 
     10.00 Vf Turnu (1923 m.). W drodze na ten pierwszy szczyt grani jak cielęta idziemy za poprzedzającymi nas Rumunami, którzy gubią szlak (został po prawej) i wyprowadzają nas po niebezpiecznych piargach, trawkach i upłazkach na grzbiet. 
     Szlak dalej idzie głównie granią, czasem trawersując lekko; pójdziemy nim do przełęczy Grindului. Czasem wygodna ścieżka, częściej - ciekawe skałki. Miejscami trzeba sobie pomóc rękami. Szlak przepiękny, niemęczący, widokowy, wesoły, aczkolwiek dla ludzi nieobytych ze skałą - trudny. 
     11.00 Szczyt Padinei Popii, 2025 m, 15oC. 71% wilgotności. 
     12.00 Szczyt Ascutit (2150 m), refugium w kształcie piłki futbolowej, Wewnątrz dość czysto. Robimy godzinną przegryzkę. Kropi, mgły. 
     16.00 La Om, 2238 m, 7oC, 82% wilgotności. Kropi, wieje, herbatka, chałwa i czekolada. 
     17.00 Ruszamy dalej. 
     17.15 Saua Grindului. Początek zejścia szlakiem oznakowanym niebieskimi paskami na zachód. Wiemy, że przed nami najtrudniejsza część dzisiejszej drogi, ale nie wiemy, że to 600 metrów obniżania się cały czas w trudnym terenie. Już pierwsze kroki w dół ubezpieczone są stalowymi linami, droga stromym żlebem jest bezpieczna, choć przez pierwszą godzinę schodzimy głównie twarzą do skały. Niżej partie osypującego się piargu. Po ponad godzinie opuszczamy spadający w prawo żleb i wchodzimy do nieco mniejszego, za przełączką. Jest tak samo wymagający, choć już nie tak bezpieczny. Często liny poręczowe kończą się o metr za wysoko, sprawiając problemy w zejściu. Nieprzyjazne piargi. Kilkanaście metrów ścieżki przez kosówkę budzi nadzieję, że to koniec trudności, ale nie. Kolejny żleb, wilgotny, z uszkodzonymi ubezpieczeniami. Najtrudniejsze technicznie miejsce. Po lewej stronie skalne okna, niczym w pałacu smoka. Nie znajdując oryginalnej nazwy tego zejścia chczcimy trasę określeniem Żlebów Czterech Smoków. 
     Słynny Żleb Drakuli na drodze z Negoiu w stronę jeziora Calcun nie ma startu do tego zejścia. Tam tylko 200 metrów i to dobrze ubezpieczonych łańcuchami. Tu - co najmniej 600, z wieloma trudniejszymi miejscami. 
W końcu natrafiamy na drogowskaz. Jesteśmy w okolicy szczytu La Zaplaz (1698 m). Czerwone paski prosto w dół doprowadzą do Refugiu Spirla. Po drodze odbiją wygodną ścieżką w lewo, prowadzącą w stronę Saua Tamaselului. Polak stojący w tamtym miejscu zgłupieje, bo legalny szlak, wyznakowany czerwonymi paskami będzie stamtąd biegł w trzy strony: na przełęcz Grindului (skąd przyszliśmy), do schronu Spirla (w dół) i w stronę przełęczy Tamaselului (po trawersie). Jednak w rumuńskich górach takie rozwidlenia zdarzają się. 
     Dziwimy się i my, stojąc przy drogowskazie i widząc takie samo roztrojenie szlaku, jak to, które opisałem w poprzednim akapicie. Strzałka w bok wskazuje na przełęcz Tamaselului. Znaku jednak dalej żadnego tam nikt nie uświadczy, po minięciu miniprzełączki i przejściu kawałka drogi pod skałami, dopiero spadający w dół piarżysty żleb doprowadzi klienta do wspomnianej wygodnej ścieżki w lewo. 
     20.00 My jednak dowiemy się tego dopiero później, a póki co, pod ogromną wapienną skałą decydujemy się na biwak (ok. 1 600 m npm), nie chcemy bowiem po nocy poznawać zbyt dokładnie topografii tej okolicy. Jest względnie równo, wodę na herbatę mamy ze sobą (na ugotowanie obiadu nie starczy, ale na czaj - tak). Każdy z nas oczywiście zaprzeczyłby, gdyby ktoś powiedział, że byliśmy padnięci; z przyjemnością jednak powitaliśmy ognisko, herbatę i możliwość walnięcia się w namiocie. 
     21.00, ok. 1700 m, 9oC. 80% wilgotności. 

Dzień 3, poniedziałek 14 lipca 2003. Skała między La Zaplaz a Saua Tamaselului - Saua Tamasului (4 km, 150 m przewyższeń). 
     Jeszcze poprzedniego dnia o zmroku Jacek zbadał żleb, biegnący w dół. Kras. Zero wody. Znalazł jednak duży płat zlodowaciałego śniegu leżący na szlaku biegnącym trawersem, sprawiający wrażenie całorocznego lodowczyka. Rano ja badam następny żleb - z zerowym skutkiem, a Jacek łopatką napełnia worki foliowe. Starcza aż nadto. Śnieg jest sprasowany, ciężki, bardzo wydajny, ale bez łopatki (np kubkiem) trudno by go było nabrać. 
     7.00, ok. 1700 m., 6oC. 98% wilgotności. Nocny opad 9 mm. 
     Tego dnia postanawiamy wykorzystać dzień rezerwy i iść tylko na przełęcz Otetelei, gdzie zgodnie z planem mieliśmy zakończyć noclegiem drugi dzień. 
     10.40, ok. 1700m, 12oC. 76% wilgotności. 
     12.00 Wyruszamy, opici herbatą. 
     12.15 Przełęcz Tamaselului. Spotykamy zamknięty namiocik - kopułkę, którego właściciele prawdopodobnie wyszli na grań. 
     Z mapy PC wynika, że czerwone paski prowadzą przez szczyt Tamaselului i przełęcz Otetelei (przy której źródełko) na Capul Tamasului. To błędny wniosek. Prowadzą wraz z niebieskimi trójkątami lewym (a nie prawym, wododziałowym) grzbietem odchodzącym od Vf Tamaselului w strone Culmea Tamaselului, po czym skręcają na północ i na grzbiet wchodzą dopiero przed Curmatura Foii (1367 m). 
     13.24 Dochodzimy do grzbietowej polany z bacówką w dole. Szlak skręca w czarny las w prawo, mapa nie zgadza się z terenem (z powodu opisanego w poprzednim akapicie). Tracimy dużo czasu na zorientowanie się, co robić. Koniec końców idziemy szlakiem. 
     13.50 Woda. To jest owo zaznaczone na mapie źródełko, dostępne z trawersującej zbocza ścieżki. Ci, którzy chcą w tych okolicach nocować, spokojnie mogą rozbić się na pięknej polanie z widokami (tej z poprzedniego akapitu), a po wodę udawać się wygodną ścieżką właśnie do tego źródełka. 
     15.00 Saua Tamasului (ok. 1500 m). Osobom, które się nie zastanawiają co chwilę, gdzie są na pewno droga pójdzie szybciej. Tu nocujemy, w leśnym wgłębieniu pełnym szczawiu po lewej stronie drogi. Woda uciążliwa, mało wydajna na lewo, ale niezbyt daleka. 
     19.00, ok. 1500 m., 8oC. 98% wilgotności. 

Dzień 4, wtorek 15 lipca 2003. Saua Tamasului - Saua Lerescului (10 km, 330 m przewyższeń). 
     7.00, ok. 1500 m., 7oC. 98% wilgotności. Nocny opad 12 mm 
     11.00, ok. 1500 m., 10oC. 98% wilgotności. 
     12.00 Wychodzimy. Rano padało, pogoda niewyraźna. 
     13.00 Szczyt Tamasul Mare (1735). Trianguł. Ładny, stromiasty, odkryty, choć zarastający. Borówki. 
     15.00 Na wdzięcznej polanie bez widoku schludna, opuszczona bacówka zdatna do noclegu. Robimy przegryzkę. 
     15.30 Wyjście z bacówki. 
     16.30 Idziemy wygodną, szeroką, rozdeptaną przez krowy drogą. Prowadzi ona na polanę i zakręca w prawo na południowo-zachodnich zboczach odchodzących od grzbietu za potokiem ukazanym na mapie MF pod nazwą Nemtoaicelor. Widok z polany wspaniały - głównie na Papuszę, także na Królewską Skałę, ale i na główny grzbiet Fogaraszu. Rozpełzamy się po polanie w poszukiwaniu dalszego przebiegu szlaku. Daremnie. Postanawiamy więc zastosować brutalny manewr, cofnąć się i znaleźć ostatni widzialny szlak. Jacek robi w tył zwrot i po dłuższej chwili woła. 
     Otóż każdy, kto idzie tą trasą na północny wschód musi wejść na tą polanę. Bo szlak z tej krowiej drogi skręca po prostu niezauważalnie w prawo w las. Ten kto zapędzi się na polanę, musi się następnie cofnąć kilkanaście kroków w las patrząc intensywnie w lewo. Jeśli ma sokoli wzrok, dostrzeże wyblakły szlak, a za nim drugi, biegnący w lesie bez żadnej ścieżki. 
     Dalej droga wiedzie najczęściej grzbietem, ale znakowana jest rzadko, w dziwnych miejscach (np pod kamieniem) i trzeba mocno pilnować ścieżki. Najprawdopodobniej gdy znakowano tę część trasy, lasu jeszcze nie było, a do dziś szlaki na głazach porosły porosty. Ścieżka często zatarta. 
     Kilkadziesiąt kroków przed węzłem szlaków na przełęczy Lerescului wyraźna ścieżka prowadzi od grzbietu w lewo, a na drzewie po prawej wiszą dwa czarne worki foliowe. Idziemy za workami i bez ścieżki wśród mokrych traw trafiamy wprost na przełęcz. 
     18.00 Przełęcz Lerescului (1396 m). Nieco dalej na szlaku polana z drzewami, wygoloną trawą i śladami po ogniskach. Zasiedlamy ją. Cały dzień popadywało, więc się suszymy. Obiadek, wygodne spanie. 
     22.00, 1396 m., 10oC. 94% wilgotności. 

Dzień 5, środa 16 lipca 2003. Saua Lerescului - okolice schronu Berevoescu (8,5 km, 800 m przewyższeń). 
     7.00, 1396 m. 10oC. 84% wilgotności. 
     9.00 1396 m., 15oC. 82% wilgotności. Startujemy. Pogoda chwiejna. Wdrapujemy się na szczyt Lerescu (trianguł). Pod nami szeroka, spadająca na południe widokowa polana z bacówką. Pasterz-dziesięciolatek pod pozorem zaopatrzenia w zapałki nawiązuje ze mną kontakt i wyłudza papierosy, po czym przedstawia mi propozycje wręczenia mu gorzałki i gumy do żucia. 
Przed szczytem Comisul miejsce ze słupkiem. Mamy wrażenie, że tu właśnie odchodzą w prawo niebieskie trójkąty. 
     12.00 za szczytem Comisul godzinna przegryzka za samotną skałką, która chroni nas od wiatru i nagłego słońca. 
     12.45, ok. 2000 m., 14oC. 80% wilgotności. 
     15.00 Mgła, ostry wiatr. Dochodzimy do roztrojenia się szlaków. Wpadamy na myśl, że ten w lewo prowadzi do schronu Beveorescu (na mapach MF i FH z tego miejsca do schronu prowadzą niebieskie kółka). Rzucamy wory i idziemy z Maćkiem sprawdzić. Znaki (czerwony pasek) malowane są co paręnaście metrów i nawet w mgle nie mamy kłopotu z utrzymaniem kierunku. Nagle z lewej widzimy płytki stawek, na wprost - odchmurza się widok na schron. Robimy w tył zwrot. 
     Gdy dochodzimy wszyscy do schronu, spotyka nas zawód. Żadnej pryczy, w środku zwały śmieci i odchodów - głównie owczych. Jednym słowem - gównochron. 
     Cały czas mgli, mocno wieje, rozchodzimy się w poszukiwaniu miejsca na namiot. Odkrywamy szczątki szlaku, znakowanego niebieskimi kółkami - od schronu do wody. Przy strumyku rozbijamy się (ok. 2100 m. npm). 
Przy wietrze czy deszczu nie polecamy Beveorescu nikomu na nocleg. Lepiej nabrać wody i iść dalej szlakiem, na którym nie dalej niż za pół godziny ścieżka wchodzi w coś w rodzaju wąwozów na grzbiecie, gdzie prawie nie wieje. A najlepiej noclegu w tym miejscu po prostu nie planować. 
     Przy naszym strumyku wieje mniej, niż na otwartej przestrzeni, ale okolica jest nieprzyjemna. I ognicha nie ma. Idziemy wcześnie spać. 
     godz. 19.00, ok. 2190 m, 8oC, 98% wilgotności. 

Dzień 6, czwartek 17 lipca 2003. - okolice schronu Berevoescu - jezioro Urlea (14,5 km, 660 m przewyższeń). 
     8.00 ok. 2100 m, 8oC, 98% wilgotności. 
     8.50 Wychodzimy, żegnając bez żalu tę mierną okolicę. Pogoda idzie ku lepszemu. 
     9.05 Wkraczamy na ponownie skrzyżowanie trzech czerwonych szlaków. 
     9.15 Woda. Dobra 
     9.18 Woda. Dobra 
     9.54 Małe stojące jeziorko. Żaby. 
     10.30. Przełęcz na wschód od szczytu Ludisor. Do tego momentu szliśmy w zasadzie po płaskim. 
     10.55 Szczyt Ludisor. Niedługie, dość strome podejście 
     11.20 Początek zejścia z Ludisoru 
     12.04 Na zejściu ze szczytu Zarnei w stronę przełęczy Zarnei małe dwa strumyczki. Przejaśniło się. Widać dokładnie przełęcz, dolinę z prawej i dalszą drogę. 
     12.45 Przełęcz Zarnei, 1923 m, 16oC, 54% wilgotności. Dość kulturalny schron. Pełne słońce. Dosuszamy rzeczy. Pławimy się w cieple. Przegryzka. 
     Kilkaset kroków od tego miejsca na zachód od szlaku odchodzi ścieżka znakowana czerwonymi kółkami. Prowadzi ona po poziomicy do potoku Urlea, gdzie - jak czytaliśmy - wiele wybornych miejsc biwakowych. Czerwone kółka wchodzą następnie na skałki szczytu Mosu i po dojściu na przełęcz 2200 można niebieskimi trójkątami dojść do szczytu Urlea - już na północnym łańcuchu Fogaraszy. Dyskutujemy, czy nie iść tym wariantem, trasę tę dobrze było widać ze zboczy Zarnei. Wybieramy jednak nieznane. 
     14.30 Ruszamy się w górę. 
     15.40 Przechodzimy przez boczne żebro szczytu Leaota. Nowe widoki. Pod Leaota zdrowe podejście, dalej względnie po równym z tendencją do pod górę. 
     16.30 Widzimy po prawej jezioro Urlea. Jest piękne. Wieje od niego, że aż nie słyszymy się, ale zakładamy, że w dole wieje mniej. Ukośnie schodzącą ścieżką wędrujemy w dół. 
     16.50 Rzucamy wory na brzeg jeziora i wraca nam odruch mycia się, który przez kilka ostatnich dni był zanikł. Stawiamy namiot na południowym brzegu jeziora, na płasience kilkanaście metrów od brzegu. Zero wiatru. Obiadek, herbata, spacer w dół doliny. Decyzja, by iść tu na nocleg była jak najbardziej słuszna. 
     18.00, ok. 2194 m, 12oC, 64% wilgotności. 

Dzień 7, piątek 18 lipca 2003. Jezioro Urlea - Portitia Vistei (10 km, 600 m przewyższeń). 
     Słońce wyciąga nas z namiotu. 
     8.00, ok. 2194 m, 16oC, 72% wilgotności. 
     8.45 Wory na grzbiet. Od północnego brzegu jeziora prowadzi wpierw na zachód, potem na północny zachód ładnie pomyślana ścieżka, znakowana niebieskimi kółkami. Szlaku tego nie ma na mapie MF, jest na FH. Wygląda na świeżuteńki. Wspina się przez zgrabnie wymodelowaną, zawieszoną pod szczytem Jezerul dolinkę i dochodzi do czerwonych pasków w 2/3 grzbietu, łączącego południowy z północnym łańcuchem Fogaraszy. Tego dnia po tym niewielkim podejściu na grań pierwsza połowa trasy przebiegała w zasadzie po równym, w drugiej - trzy odczuwalne podejścia. 
     9. 15 Wyjście na przełączkę 2336, spotykamy czerwone paski. 
     9. 35 Ruszamy się z przełączki. 
     9. 53 Zrzucamy wory na przełęczy leżącej na zachód od szczytu Urlea, przy drogowskazie. Słodzimy się słońcem, Maciek odwiedza szczyt Urlea. 
     10.30 Ruszamy z przełęczy. 
     10.55 Odbicie czerwonych kółek w prawo. Drogowskaz: Fereastra Mare 30 minut. 
     11.30 Przełęcz Fereastra Mare. Przegryzka. Pogoda idzie ku gorszemu. Mgli. 
     12.15 Wyjście z przełęczy. 
     13.00 Przejście na drugą stronę bocznego grzbietu, odchodzącego od szczytu 2433 m. Odsapka. 
     13.10, ok. 2400 m, 13oC, 80% wilgotności 
     14.00 Przewinięcie się przez ramię, odchodzące w lewo ze szczytu 2470 m. Kwadrans odsapki po podejściu. 
     14.37 mała woda ściekająca z prawej 
     14.45 druga mała woda ściekająca z prawej 
     15.10 Koniec podejścia pod kolejne, ostatnie żebro, odchodzące od szczytu 2461. Mgły się na krótko rozwiewają. W czasie zejścia pierwszy raz widzimy Moldoveanu. 
     15.40 Schron na przełęczy Portitia Vistei (2310). 
Miejsce dość schludne. Poświęcamy foliowy worek na przykrycie stołu, gotujemy, jemy. Zaczyna kropić. Po chwili leje. Przychodzi czworo mokruteńkich Rumunów i trójka względnie suchych Polaków z Andrychowa. Po dwóch godzinach dołącza ambitna Czeszka z melancholijnym towarzyszem. Wylewają wodę z butów, ona zbiega do jeziorka po wodę do picia (i umyć się), po czym robi żarełko. Deszcz to leje, to pada. 
     19.14, 2310 m., 11oC, 84% wilgotności. Pakujemy się w śpiwory, jest czas, by pośpiewać. 

Dzień 8, sobota 19 lipca 2003. Portitia Vistei - przedmieścia Victorii (18 km, 230 m podejścia, 2000 m zejścia). 
     4.50 Jacek wygląda na dwór, oznajmia, że pogoda ładna, budzi resztę i idzie na Moldoveanu. 
     5.00 Wychodzą Maciej i Kuba 
     5.20 Ruszam i ja. 
     5.55 Szczyt. Widoki rewelacyjne. 
     8.00 Na dole. Pożeramy śniadanko, Czeszka maszeruje na szczyt, jej towarzysz suszy na słońcu przemoczone poprzedniego dnia notatki. 
     8.50, 2310 m., 13oC, 86% wilgotności. 
     9.35 Ruszamy w długą drogę w dół. Szlak nie zawsze wyraźny, lubi iść w inną stronę, niż my, ale nie gubimy go ani razu. Najpierw zejście po uciążliwych piargach, potem trawa przetykana kamieniami. 
     11.00 Woda w potoku, zbiegającym z prawej. Odtąd woda już często (więc nie notowałem) 
     12.15 Po przejściu na lewy brzeg potoku nie trzeba iść po obsypującym się zboczu, którym prowadzi kilka grząskich ścieżek, ale idąc dołem za kilkadziesiąt kroków dochodzi się do pierwszego lasu, wyścielonego igliwiem, z miejscem na ognisko pod skałką. Widok na rozległy wodospad Moara Oaghii. Do biwakowania miejsce niewygodne, ale do posilenia się po zejściu - idealne. 
     14.30 Wyjście. Szlak prowadzi piękną, dziką doliną, zieloną, szumiącą, duszną. 
     15.30, ok. 1000 m., 18oC, 90% wilgotności. Odsapka. 
     16.00 Koniec górskiej ścieżki, początek jezdnej drogi. Magazyn ściętego drzewa, stoliczki drwali. Drogowskaz; Moldoveanu 6 godzin, Victoria 9 km. 
     17.00, 650 m., 24oC, 70% wilgotności. Skrzyżowanie z drogą do kompleksu Simbata. Dorodne jeżyny. Daciami jeżdżą czasem wyświeżeni letnicy lub ośmioosobowe rodziny. Ludzie w domkach odpoczywają. My niszczymy nogi na równej drodze. Pojawia się asfalt. 
     17.45 Jakieś trzy kilometry przed Victorią Maciek macha ręką na stopa. Dacia jedzie co prawda w przeciwną niż my stronę, ale jest pusta. Młody chłopak nie daje się długo namawiać i zgadza się podrzucić nas do Victorii, a po chwili rozmowy - nawet do wsi Ucea, na stację kolejową. 
     Wiwatujemy i pakujemy się do pudła, którym przejeżdżamy 10 km. Kierowca częstuje nas z plastikowej butelki świeżym bimbrem, proponujemy za przysługę 200.000 lei, nie odmawia. 


POWRÓT 
     Rok wcześniej z Victorii do Sebes se Sus (42 km) pojechaliśmy za 750.000 lei (złotówka za kilometr). Teraz z Ucea mamy do Branu 122 km. W planie powrotu był pociąg lub dalekobieżny autobus, wspomagany ewentualnie wynajętym wozem (np na trasie Victoria - Fogaras). Na powrót przeznaczone było półtora miliona lei. 
Sprawdzamy na stacji rozkład. Pociąg za 2 i pół godziny. 
Rozważamy możliwość rozwiązania szyku i przedostawania się do Branu stopem - każdy na własną rękę. Głupi pomysł. 
     Maciej uparcie pokazuje na stojącą dacię combi i mówi, że to jest właśnie wóz dla nas. Jestem sceptycznie nastawiony co do tego, czy pojedzie za milion lei. Ale czy coś ryzykujemy, pytając? Maciek szybko porozumiewa się po niemiecku z kierowcą (który co prawda niemieckiego nie zna, ale Maciek wspomaga rozmowy pismem obrazkowym). Pojechałby. Ale tylko do Rasnova. Jego żona co prawda po każdym jego zdaniu wtrąca grube zastrzeżenia, ale umawiamy się, że gdy pociąg przyjedzie, gdy odbiorą córkę i zawiozą ją do Victorii, wróci po nas i zawiezie za milion lei do Rasnova. Przystajemy na to, choć nie mamy pewności, czy facet nie skrewi, gdy tylko zostanie sam na sam z żoną. 
     Ale oto zajeżdża bladobłękitny volksvagen transporter i parkuje naprzeciw naszych butów. Młody kierowca z nagim torsem, w szortach, energicznym krokiem podąża na peron. Wysyłamy Kubę, który - w naszej opinii - najbieglej posługuje się angielskim, aby zaznajomił się z nim i obczaił, czy to przypadkiem nie jest wóz dla nas. Proponowana stawka: milion lei. 
     Kuba błyskawicznie wraca. Okazało się, że gość angielskiego nie znał ni w ząb, ale się bez przeszkód dogadali. Chce milion pięćset. Maciej proponuje milion sto, staje na milion dwieście (60 gr za kilometr). 
I jedziemy jak paniska. Najpierw do Victorii, potem wokół gór do Branu. Podróż trwa długo, dojeżdżamy o ... 

Dzień +1, niedziela 20 lipca 2003. Bran - Bilea Lac (191 km) 
     Z rana małe zakupy, zwiedzanie zamku. Ładna średniowieczna budowla. Tłumy w środku skutecznie obrzydzają zwiedzanie. 
     Do Bilea Lac jedziemy od południa, by zobaczyć zaporę i przejechać tunelem. Droga z Branu przez Cimpulung i Curtea de Arges niezwykle widokowa, piękna perspektywa na Bucegi i Piatra Craiuloi. 
Przełęcz za przełęczą. Po drodze zwiedzamy miejsce, w którym stała rzymska forteca Jidava. 
Przełęcz za przełęczą. Pada. Leje. Droga wydłuża się - 191 km jedziemy 9 godzin, bo często zatrzymujemy się. Wjeżdżamy na szosę transfogaraską. 
     Wrażenie imponujące. Podsumuję słowami Jacka: Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Serpentyny wśród dzikich skał, przylepione do zboczy mosty, w końcu zapora. Wysoka, wąska. Pochodzimy pod pomnik mężczyzny o janosikowym wyglądzie z piorunem w rękach. Knajpa odpycha zaduchem. 
Dalej wzdłuż jeziora, potem ogromnymi zakosami przez coraz wyższe hale. Droga sukcesywnie zasypywana jest kamieniami, żwirem, utrzymanie jej wymaga pracy. Mapy pokazują, że zimą jest zamknięta. Mijamy wiele miejsc, w których biwakują przy ogniskach na dziko samochodziarze. Co pewien czas schroniska. 
     W końcu tunel. Jest króciutki, prowadzi lekko pod górę. Jarzeniówkowe oświetlenie założone w czasach otwarcia nie nosi śladów żadnej konserwacji, ani jedna lampa nie pali się. Na stropie ładne zjawiska krasowe. Woda po szosie płynie wartko, niosąc żwir. Natura tu kiedyś zwycięży. Trasą niewątpliwie warto się przejechać. 
Bilea Lac. Jest późno. w schronisku Paltinu czteroosobowy pokój z prysznicem 1.700.000 lei. Bardzo smaczna kolacja. Miła schroniskowa atmosfera. 
     Deszcz przechodzi w nawałnicę. Przypominam sobie, że boczne okienka w wozie są uchylone. Biorę parasol, idę 20 metrów, otwieram tylną klapę, zamykam okienka i wracam. Jestem mokry do suchej nitki, ze spodni ściekają strumyczki wody. Zastanawiamy się nas sytuacją, w której taki deszcz spotkałby nas w górach. 

Dzień +2, poniedziałek 21 lipca 2003. Bilea Lac - Żnin (1480 km) 
     Ruszamy o 6.20. Zajeżdżamy do stacji turystycznej w Sebesu de Sus, do Marianny. Rok temu garażowaliśmy tu auto i dwaj uczestnicy zeszłorocznego wyjazdu: Olek i Zbyszek zapakowali nam w prezencie dla rodziny Marianny odzież. Krótki postój, kawka. 
     W Sybinie spędzamy około dwóch godzin. Polecany przez Pascala sklep Surmont Sport to obskurna nora z częściami do rowerów. Owszem mapy mają, ale mały wybór. Lepsza jest księgarnia na Piata Mare (południowa pierzeja). 
Jedziemy dalej. Na drodze pali słońce i 20 km za Devą skręcamy na obiad w wioskę Lesnic, gdzie po kilku kilometrach tunel drzew daje upragniony cień a my możemy nad rzeczką coś miłego sobie przekąsić. 
     Tym razem granica rumuńska to tylko 30 minut. Na Węgrzech stajemy na stacji benzynowej przed Debreczynem i gotujemy przy zachodzącym słońcu obiadek. 

Dzień +3, wtorek 22 lipca 2003. Bilea Lac - Żnin (1480 km) 
     Stajemy na Słowacji na autostradzie na jakąś kawkę i kupić browar. Pani ekspedientka jak wycięta nożyczkami z polskiego sklepu lat 80-tych. Obrażona na życie, świat cały, nas i naszych kolegów. W rezultacie wylewam rękawem kawę, mała afera. 
     Choć się bardzo staramy, przed Preszowem nie udaje nam się zjechać z drogi w prawo, by ominąć miasto. Z mapy wynika, że jest coś w rodzaju obwodnicy, ale skręt na nią oznaczony jest chyba wielkim napisem z nic nie mówiącą nazwą miejscowości, której nie ma na żadnej mapie i nawet jej nie zapamiętaliśmy. W każdym razie tam chyba należało skręcić. Wjeżdżamy więc do centrum Preszowa, odnajdujemy właściwą drogę i przygoda zakończona. Dokładnie tak samo (i też w nocy) jechaliśmy rok wcześniej. 
     O ósmej rano w okolicy Krośniewic na zaśmieconym parkingu - śniadanko i podział żarcia na czterech. 
     O wpół do dwunastej jesteśmy w Żninie. 

Dominik Księski, jesień 2004
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Włodzimierz Wysocki, "Pożegnanie z górami",
tłumaczenie: Jan Słowiński,
śpiewa: Dominik Księski

 

Scroll to top