FOGARASZ 2002

Sebeşu de Sus - Moldoveanu 2002

 

Olek Kmiećkowiak (60)                 Zbyszek Popkowski (43)                 Dominik Księski (43) 

 

DOJAZD
     Ze Żnina ruszamy 27 lipca 2002 roku o 18.40. Kowal, Krośniewice. Stojąc w korku, tracimy dużo czasu w Zgierzu (21.50). Na światłach w Łodzi także. W Piotrkowie jesteśmy około 23.00. Odtąd już nie ma zahaczeń - droga idzie jak po maśle. Tarnów: 2.20. Granica ze Słowacją: 4.14 (15 minut). Z Węgrami: 6.30 (10 minut). Około dziewiątej 40 minut poświęcamy na śniadanie. W przydrożnej gospodzie zupka gulaszowa całkiem smaczna. O 10.50 granica rumuńska. Półtorej godziny. Oradea: 12.20, Beiuş: 13.30. Zatrzymujemy się na obiad w środku miasteczka. Najeść to się nie najedliśmy, ale cośmy się naczekali! Droga przez Beiuş żmudna, strome podjazdy pod przełęcze wąską drogą za kopcącymi ropą ciężarówkami bez możliwości wyprzedzenia. Po drodze przepalamy tłumik. W miasteczku Deva bez kłopotu znajdujemy warsztat. Dwa słowa: "Tuba kaput" wyjaśniają wszystko. Gość bierze poza koleją wóz na kanał i już o 18.14 wyjeżdżamy z Devy. Szosa po równym i szeroka. 20.00 - Sybin. 1313 kilometrów ze Żnina. Zajeżdżamy do hotelu Leu (Moş Ion Roată 6), z czystym sercem mogę go polecić każdemu. Na małym dziedzińcu za bramą wóz był bezpieczny, wygodne łóżka, prysznice. Wychodzimy na kolację do miasta. Sybin prezentuje się wspaniale - atmosfera trochę jak w Krakowie, trochę jak w Przemyślu. Ostatecznie - dawne Austro-Węgry.

29 czerwca 2002, sobota
     Rano jedziemy do Bîlea Lac, by zostawić depozyt z żarciem i paliwem. Serpentyny obłędne. W górze chłodno. Octavio dołuje nam w magazynie worek i wracamy. Po drodze w Avrig kupujemy herbatę. Uwaga! Jedyny znany nam sklep w Rumunii, w którym sprzedają herbatę. W żadnym innym (w liczbie około 20) nie dostaliśmy jej już potem. Wracamy do Sybina, żegnamy się z hotelem. Plan był taki: postawienie auta na najbezpieczniejszym parkingu w mieście, podróż koleją do Sebeşu de Sus, dalej drałowanie piechotą. Podrzuciliśmy więc Zbycha z worami na dworzec i dalejże zwiedzać hotelowe parkingi. Continental odpadł. Împăratul Romanilor miał nieogrodzony parking, zaufania nie wzbudzał także z tego powodu, że nie mogliśmy się doszukać strażnika. Wkurzyliśmy się i podjęliśmy najwłaściwszą z możliwych decyzję. Jedziemy do Sebeşu de Sus i w jakiejś zagrodzie stawiamy wóz, płacąc tyle, co za parking w Sybinie. Podjeżdżamy pod Zbycha, pojmuje nas w lot, gratuluje bystrości i wspólnie dziwimy się, jak to jest możliwe, żeśmy od razu tak nie pomyśleli. Mijamy przystanek kolejowy Podu Olt, wzniecając kłęby kurzu przejeżdżamy most na Alucie, po czym suniemy wśród kukurydzy i westchnień Zbycha: "Na tej drodze ze stacji już tu bym się wykończył". Ze stacji kolejowej do cerkwi jest co prawda około 6 km, ale w słońcu, po równym i z plecakami, z których nic jeszcze nie ubyło, niewątpliwie szłoby się tak, jakby było dziewięć - szczególnie, że następne siedem kilometrów po takiej samej szutrowej drodze wiodło doliną. W każdym razie wjechaliśmy z paradą do wioski i za cerkwią zobaczyliśmy zieloną blachę z napisem "Retea Turistica". Co to jest "retea" - nie wiemy, ale co znaczy "turistica" - wiemy aż za dobrze. Parę słów z właścicielką, otwierają bramę, dokujemy wóz. Tu zrobiliśmy błąd, bo trzeba było dwie osoby z plecakami podrzucić do samego końca doliny, wrócić i dopiero zaparkować. Zysk byłby taki, że trasę doliną (ok. 7 km) jedna osoba bez wora zrobiłaby w godzinę z małym hakiem i po przyjściu dostałaby ugotowany obiadek. Tymczasem ten sam odcinek cała ekipa z worami szła 2 godziny i 10 minut plus 40 minut na posiłek. Tego rodzaju technika sztucznych ułatwień nie przyszła nam jednak wtedy do głowy.

29 czerwca 2002, sobota 
     Sebeşu de Sus (450 m) - bacówka pół km na zachód od refugiul Suru (1300 m). 8,5 km, 850 m podejść.
     Wyszliśmy z Sebeşu de Sus, spod cerkwi o 15.45. Mijamy najpierw mostek kamienny, potem betonowy, za tym drugim po prawej stronie ciekawe miejsce biwakowe. W dalszej drodze doliną jeszcze wiele poletek, polanek, otwartych, zakrzaczonych i ukrytych; nad rzeczką, za rzeczką - do wyboru. Wędrując z mapą MF nawet nie wiemy, że idziemy szlakiem oznaczonym czerwonymi kółkami - jeszcze nie rozgryźliśmy tajemnic tej mapy. Po drodze zatrzymujemy się na posiłek (ok. 40 min). 18.20 Droga się kończy, w zasadzie ostatnie miejsce (średnio dobre), by zabiwakować. Ścieżka skręca na lewą stronę potoku (dalej wody nie ma). Przechodzimy go, zdejmując buty. Nie zauważamy, że czerwone kropki wchodzą na lewo ostro do góry (co wynika z mapy FH), idziemy inną ścieżką, prowadzącą w górę huczącego potoku. Ta dróżka, dokładnie tak, jak pokazano na mapie FH odbija w lewo i po ostrym wejściu dochodzi na polanę. 21.00 Na polanie - bacówka. Jest trochę rozwalona, ale nadaje się do noclegu. Schodzę po wodę na północny wschód, jest porządny strumień (w obie strony pół godziny). Ognisko. Nocą widok na północ - na światła Avrig.

30 czerwca 2002, niedziela
Bacówka pół km na zachód od refugiul Suru (1300 m n.p.m.) - jezioro Avrig (2007 m n.p.m.). 7,5 km, 1000 m podejść.

  • 9.20 Wychodzimy
  • 9.40 Refugiul Suru. Prowizoryczne schronisko w czymś w rodzaju budynku gospodarczego niedaleko spalonego prawdziwego schroniska. Z ziemi wyciągnięta rura, kran z wodą (czynny). Rozległy widok na równiny siedmiogrodzkie.
  • 10.10 Wychodzimy z lasu. Następnego drzewa dotkniemy za tydzień. Szlak wyraźny, mocno przedeptany.
  • 10.25 Bardzo słabe źródełko wody płynącej ścieżką.
  • 11.00 Przechodzimy przez ramię opadające z płaśni szczytu Cocoriciu, teraz idziemy trawersem na przełęcz, po chwili spotykamy grzmiący strumień, przepływający w poprzek drogi.
  • 11.33 Byczy potok.
  • 11.36 Mały, ładny strumyk. Uwaga na szlak. Nie iść prosto.
  • 12.22 Wyraźny strumień z prawego stoku przez ścieżkę.
  • 12.50 Przełęcz Suru (2113 m). Szeroka, wygodna, dobre miejsce na biwak. Robimy przegryzkę.
  • 13.30 Ruszamy szlakiem trawersującym południowe zbocza gór.
  • 13.50 Ładne źródełko z lewej strony przez ścieżkę.
  • 14.00 Miłe źródełko z lewej strony przez ścieżkę.
  • 14.02 Silne źródło z lewej przez ścieżkę.
  • 14.04 Silne źródło jw.
  • 14.06 Niewielki strumyczek ciurka jw.
  • 14.18 Przełęcz Roşiilor.
  • 15.30 Przełęcz 2180 m.
  • 16.05 Portiţa Avrigului. Widać piękne jezioro Avrig. Stromo schodzimy.
  • 16.40 Jezioro Avrig. Wiele doskonałych miejsc do biwakowania. Wybieramy płasienkę pod największym kamieniem, który trochę nakrywa nam dach. Cicho. Nikogo. Woda czyściutka. Piękny biwak.

1 lipca 2002, poniedziałek
Jezioro Avrig (2007 m n.p.m.) - przełęcz Scara (2146 m n.p.m.). 3 km, 300 m podejścia.
     To dzień odpoczynku. Chcemy niezmęczeni ruszyć następnego dnia na grań Şerboty i Negoiu, więc podchodzimy nieco do przodu.

  • 9.40 Wyjście. Słońce, pogoda.
  • 10.20 Przełęcz przed szczytem Gîrbova.
  • 10.30 Źródełko na słowo honoru (strzykawką).
  • 10.55 Przełęcz przed szczytem Scara.
  • 11.35 Scara. Ładny szczyt. Ciemno, mgła, nic nie widać.
  • 12.15 Przełęcz Scara. Dyskusja, czy nie iść dalej. Olek naciska, by wędrować. Nie mamy informacji, gdzie przed Negoiu jest możliwość następnego biwaku. Pogoda nie zachęca do kontynuowania wycieczki. Mgły, pokapuje, wieje, raz po raz słońce. Przekonuję, że - skoro jesteśmy i tak dzień do przodu - to nie ma się gdzie śpieszyć. Jak się okazało, mogliśmy przeskoczyć jeszcze o jedną przełęcz - na Şaua Şerbotei (godzina drogi). Następnego dnia widzieliśmy, jak na niej biwakują Czesi. Schron średnio zachęcający do noclegu, niedaleko trochę płaskich miejsc, rozbijamy się zasłonięci nieco schronem. Woda po południowej stronie. Po północnej - wiele ładnych, wyglądających na zaciszne miejsc biwakowych z widokiem na niziny siedmiogrodzkie. Odwiedzają nas pasterze. Od jednego Olek kupuje kij pasterski, który w dalszej drodze bardzo mu pomaga. Olek bowiem kilka dni przed wyjazdem skoczył z drabiny i coś mu się w stawie skokowym poprzestawiało. Tak się jednak składa, że jest ortopedą, więc poradę ma na miejscu i choć kuleje, idzie twardo. Pasterz w zasadzie nie chciał sprzedać kija, ale odurzyliśmy go tytoniem (palił Olek), polską gorzałką (pił Zbychu), argumentacją (negocjował Dominik) i się powiodło. Jego psu było przy nas tak dobrze, że nie chciał wracać do pracy. Pasterz wyciągnął sznurowadło, zawiązał owczarkowi na szyi, pociągnął - i owczarek poszedł. Na psy mieliśmy przygotowane petardy, które w różnych internetowych opisach Fogaraszu wymieniane są jako podstawowe wyposażenie antysobacze. Ani jednej nie użyliśmy, gdyż Olek każdego szczekającego bydlaka oswajał suchym chlebem, który zawsze miał przygotowany w kieszeni. Nam kazał iść wolno, nie patrzeć psom w oczy i zaprzyjaźniał się z nimi na czas potrzebny, by przejść cało.
2 lipca 2002, wtorek
Przełęcz Scara (2146 m n.p.m.) - jez. Călţun (2135 m n.p.m.). 5,5 km, 500 m podejść
  • 8.05 Wyjście. Słonko.
  • 9.00 Şaua Şerbotei (2123 m n.p.m.). Widzimy budzących się Czechów. Biwakują. Woda na prawo 5 min.
  • 9.13 Miłe, zaciszne miejsce biwakowe, obudowane ładnie kamieniami. Wody nie stwierdziłem.
  • 9.35 Szczyt Şerbota.
  • 9.55 Ruszamy z Şerboty. Tu zaczyna się skalna ścieżka, bardzo malownicza. Chwilami szlak idzie po skalnym grzebieniu, wiele miejsc, wymagających pomocy rąk. Szliśmy wolno. Widoki obłędne. Pogoda jak drut.
  • 11.55 Koniec grani, perć zmienia się w autostradę. Chwilę później mijamy awaryjne miejsce biwakowe. Wody nie szukałem, mam wrażenie, że nie ma jej w pobliżu.
  • 12.20 Na miłej, zacisznej przełączce, przegryzka (55 min).
  • 13.25 Przełęcz Kleopatry, rozejście się szlaków: w lewo niebieskie trójkąty, w prawo - czerwone.
  • 14.05 Negoiu. Duża satysfakcja ze skalnego wejścia. Pogoda się skopała, ze szczytu nic nie widać. Szara mgła.
  • 14.20 Ruszamy do zejścia. Mgła bieleje, potem się rozwiewa.
  • 14.45 Przed nami żleb Drakuli. 200 metrów zejścia, ładnie ubezpieczonego.
  • 15.20 Napis: Drakula exit i strzała w prawo. Czyli koniec żlebu. Przed nami nietrudny trawers, nieco po płytach, mały, niestromy, krótki żlebik.
  • 15.30 Koniec łańcuchów. Przed nami trawers przez płat śniegu.
  • 15.50 Z lewej dochodzi szlak znakowany czerwonymi krzyżykami.
  • 16.00 Przełączka w bocznym ramieniu, spadającym z głównego grzbietu. W ładnym skrócie widzimy jezioro Călţun i początek jutrzejszego szlaku. Krótka odsapka.
  • 16.15 Ruszamy w dół z przełączki.
  • 16.35 Jezioro. Wieje wszędzie. Nocujemy na zachodnim brzegu, wśród maliniaków, wydaje nam się bowiem, że tam wieje mniej. Jezioro piękne, biwak wspaniały. Zwiedzamy schron (nieodrażający wewnątrz) i spisujemy telefony do Salvamontu z Sybina: 069 216 477; 095 307 743; 094 691 334; 095 411 207. Spod schronu doskonale widać Negoiu, długo dyskutujemy, gdzie widać żleb Drakuli, w końcu pomagają nam rumuńscy turyści.

3 lipca 2002, środa 
Jez. Călţun (2135 m n.p.m.) - Bîlea Lac (2030 m n.p.m.). 5 km, 270 m podejść

  • 10.20 Ruszamy. Pogoda ładna, lampa utrzymuje się równo aż do wieczora.
  • 10.22 Źródełko.
  • 10.27 Źródło.
  • 11.40 Szczyt Lăiţelul (2390). Podziwiamy rozległe widoki. Małe jedzonko.
  • 12.20 Początek zejścia.
  • 12.48 Szeroka przełęcz.
  • 13.35 Kociołek na południowych stokach głównego grzbietu między szczytami Laita i Paltinului. Z prawej dochodzą niebieskie kółka. Duży strumień. Płat śniegu, Piękne miejsce biwakowe. Na morenie płasienka obłożona murkiem z kamieni. Widać Călţun, Lăiţelul, stronę wołoską. Robimy przegryzkę.
  • 14.45 Ruszamy w dalszą drogę.
  • 15.10 Szeroka przełęcz między turnią a szczytem Paltinului.
  • 15.13 Rozejście szlaków. Skręcamy na Bîlea Lac (niebieskie paski).
  • 15.36 Niebieskie paski trawersują północne zbocza, spadając na dół za jeziorem. Przesiadamy się na czerwone krzyżyki, które bardzo męcząco sprowadzają nas wprost na szosę.
  • 16.00 Schronisko Paltinul. Czteroosobowy pokój - milion lei (rok później - 1,7 mln). Prysznic z ciepłą wodą. Standard jak w tatrzańskim Domu Turysty w latach 80. Jedzenie w schroniskowej restauracji bardzo dobre i niedrogie. Schronisko miłe i zachęcające do noclegu. Jezioro spaskudzone drugim schroniskiem, pod którym parkują czarne mercedesy. Nie zachodziliśmy. Próg doliny zepsuty betonową wlewką, podwyższającą poziom wody - Gąsienica z TPN dostałby zawału, gdyby to zobaczył. W okolicy kilka innych budowli: szkaradna stacja kolejki linowej i trzecie schronisko - odbudowywane po spaleniu. Ruch na szosie przez tunel - symboliczny (jeden samochód na 20 minut). W sumie okolica niewesoła, ludzi niewielu. Odbieramy z baru depozyt od Oktawiana. Jest wszystko. Po pierwszym odcinku wiemy, że żarcia zaplanowaliśmy za dużo, więc wieczorem robimy remanent i kilka kilo puszek, zupek i innego dobra Olek zanosi dziadkowi, który sprzedaje przy ścieżce ziarna słonecznika. Lekarskie oko Olka stwierdza, że bez odkarmienia dziadek jesieni nie przetrzyma. W następnym roku dziadka już nie zastaliśmy. Ze schroniska same dobre wspomnienia. Żarcie znakomite, łyk cywilizacji po kilku biwakach w wietrze dobrze nam zrobił.

4 lipca 2002, czwartek 
Bîlea Lac (2030 m n.p.m.) - Podu Giurgiului (2264 m n.p.m.). 6 km, 800 m podejść. Cały dzień lampa, wieczorem deszczyk. 

  • 8.45 Wychodzimy ze schroniska. Ścieżka idzie ostro do góry, zakosami.
  • 9.50 Kozia Przełęcz. Dalej szlak schodzi szerokim trawersem w stronę jeziora.
  • 10.10 Strumyk, potem jezioro z mnóstwem pięknych miejsc biwakowych. Pozdrawiamy z daleka naszych Czechów. Piękna, zielona trawa.
  • 10.40 Przewijamy się przez ramię Vf. Capra. Dwadzieścia minut odsapki. Potem schodzimy do kotła.
  • 11.23 Mijamy wodę z płata śniegu.
  • 11.50 Strumyczek. Dwadzieścia minut odsapki.
  • 12.21 Przecinamy duży żleb z kroplami wody.
  • 12.44 Koniec uciążliwego podejścia, dalej po równym.
  • 12.50 Przełęcz Portiţa Arpaşului. W lewo odchodzą niebieskie trójkąty. Dziesięć minut odpoczynku.
  • 13.22 Ścieżka przewija się przez północne ramię szczytu Arpaşul Mic i dalej idzie jego północno wschodnimi zboczami. Piętnaście minut na podziwianie widoków.
  • 14.15 Ścieżka dochodzi do dna miłego kociołka. Zielona trawa, strumyczek, ładne miejsce na biwak, widok na stronę siedmiogrodzką. Półtorej godziny na pokrzepiający obiadek i lenistwo.
  • 15.45 Wyjście na widoczny grzbiet.
  • 16.00 Grzbiet. Dalej droga prowadzi ściśle grzbietem, pięknie się idzie, widoki.
  • 17.00 Przełączka między Arpaşu Mare a Mircii. Nowy widok. Idziemy w stronę VF Mircii.
  • 17.20 W lewo, w dół, w stronę dobrze widocznego jeziorka z lodową skorupą.
  • 17.55 Jeziorko Podu Giurgiului. Rozstawiamy się na wschodnim brzegu. Zimno, zaczyna kropić. Wieje. Dochodzą nasi Czesi, rozbijają się koło nas. W nocy pada. Namiot (bardzo ciepły) zakupiony w 1981 roku przemaka nieco. W tym wieku chyba już mu wolno.

5 lipca 2002, piątek 
Podu Giurgiului (ok. 2264 m n.p.m.) - Portiţa Viştei (2310 m n.p.m.). 7 km, 300 m podejść. 

  • 8.45 Wyjście
  • 9.05 Ładna woda na stoku.
  • 9.15 Przełęcz. 10 minut odpoczynku. Tu w zasadzie trudno znaleźć miejsce na biwak, ale nie trzeba specjalnie nisko schodzić na północ, by znaleźć mnóstwo zacisznych miejsc biwakowych. Z przełęczy widać schronisko Podragul - zejście doń zapewne łatwe i szybkie.
  • 9.40 Mała przełączka z nowym widokiem. Przewijamy się przez ramię odchodzące na południe od szczytu 2358. 10 minut odsapki.
  • 10.05 Krzyż pamięci studenta. 10 minut odpoczynku.
  • 11.40 Przełęcz Şaua Orzănelei. Początek zejściowego szlaku w prawo.
  • 12.00 Początek podejścia pod Viştea Mare.
  • 12.35 Viştea Mare. 5 minut odpoczynku. Zostawiamy plecaki przy ścieżce na Moldoveanu nieco poniżej szczytu.
  • 12.55 Moldoveanu. Pogoda obłędna. Widoki również. Morze gór. Ze szczytu widać schron Portiţa Viştei.
  • 13.15 Z powrotem z Moldoveanu na Viştea Mare.
  • 13.30 Viştea Mare. 15 minut na widoki.
  • 14.15 Miejsce, w którym czerwone trójkąty odbijają w lewo.
  • 14.25 Schron. Jest tu miło, szczególnie, że pogoda się sfajczyła. Mgła, pada, czasami leje. Jemy pyszny obiad, potem wyciągam gitarę i długo śpiewamy, opijając się herbatą.

6 lipca 2002, sobota 
Portiţa Viştei (2310 m n.p.m.) - przedmieścia Victorii. 16 km, 2000 m zejścia. 

  • 9.00 Ruszamy w drogę. Zakosy, piargi, skróty, trzeba uważać, by nie zmylić szlaku. Zimno.
  • 11.10 Woda z prawej. Odtąd woda już często (więc nie notowałem). Szczyty gór we mgle. Pokapuje. Trawa mokra.
  • 13.00 Przeskakujemy na lewy brzeg potoku. Olek przechodzi w butach.
  • 13.15 Piękne miejsce na ognisko. Czujemy, że powróciliśmy do cywilizacji. Suszymy się, grzejemy.
  • 14.45 Wyjście.
  • 17.30 Skrzyżowanie z drogą do kompleksu Sîmbăta. Jesteśmy zmęczeni. Nogi dostały na prostej. Mijamy co chwilę za płotami wyelegantowane towarzystwa robiące na daczach grilla i rozlewające wódeczkę. Praży słońce. 10 minut na odpoczynek. Po kilometrze minął nas, jadący wozem drabiniastym w stronę gór Cygan. Jest pijaniuteńki i gubi bat. Zbychu podnosi, woła, biegnie i przynosi mu zgubę. Gość dziękuje tak wylewnie, że o mało co nie spada z wozu. - On będzie wracał - mówi pewnym głosem Olek. I rzeczywiście. Po kwadransie jedzie. Widzimy go z daleka. Olek wyciąga papierosy i stara się stworzyć wrażenie, jakby chciał zapalić. Cygan, wiozący wracającą z jagód rodzinę przystaje, zachęcony gestem przez Olka. Zapalają i ustalają, że możemy się zabrać. Wsiadamy na wóz, woźnica z fantazją rusza. Mało sobie nerek nie poodbijaliśmy na wybojach. Wjeżdżamy na asfalt. Mijamy coś w rodzaju poligonu. Otacza nas architektoniczny syf rodem z pegeerowskiej komuny. Cygan zawozi nas na przystanek autobusowy. Rozładowujemy wory, rozliczamy się.
  • 18.00 Na dworcu zapaść informacyjna. Nikt nic nie wie, podróżnych brak, kasy i wszystko inne pozamykane. Koledzy zostają przy bagażach, ja idę na targ. Zamierzam znaleźć córkę z ojcem. Córka wg mego założenia ma znać angielski, ojciec - mieć samochód. Po krótkiej lustracji targu (na straganach głównie pomidory) uderzam do upatrzonego stoiska. Trafiony zatopiony. Dziewczyna wszystko tłumaczy, gość zgadza się pojechać. Proponuję mu pół miliona lei, ale przekonuje mnie, że za tak daleką trasę (80 km - licząc w obie strony) nie może wziąć mniej, niż 750.000 lei. Wiem, że koledzy daliby i milion, byleby wydostać się z tej Victorii. Dobijam targu. Gość prosi o 10 minut, by pójść po wóz. Rodzina żegna go i prosi, by uważał. Dociera do mnie, że oni pewnie już oczyma duszy widzą, jak Zbychu podżyna kierowcy gardło, Olek kradnie jego gablotę, a ja usuwam ciało i sprzedaję auto ruskiej mafii. Wracam do kolegów i przynoszę dobre wieści. Nie umiem niestety odpowiedzieć na pytanie o markę naszej taksówki. Ale już podjeżdża zdezelowana dacia z wymontowanymi tylnymi siedzeniami i oponami łysymi jak kolano. Koledzy siadają na plecakach i nikt nie ma żadnych pytań. Kierowca pstryka kabelkiem o kabelek, zapala i jedziemy. 

POWRÓT
     Do Sebeşu de Sus docieramy przed zmrokiem. Pożądamy mycia. Częstują nas winem. Idzie w ruch gitara. Łemkowskie czardasze - to nuta, która tu jest znajoma.

7 lipca 2002, niedziela
     Wyruszamy okrężną drogą przez przełom Aluty, Brezoi, Voineasa, obok jez. Vidra. na skrzyżowaniu dróg 7A i 67C robimy postój. Czyste, górskie chłodne powietrze. Fajne miejsce. Zjazd do Pietroşani przepiękny widokowo. Tak, jakby kto Doliną Kościeliską szosę poprowadził. Dojeżdżamy do Hunedoary, gdzie zamierzamy zwiedzić zamek i zanocować. Zamek właśnie zamknęli dla zwiedzających, a nocleg w sowieckim hotelu Rossija nam się nie widzi. Stwierdzamy, że kilka zamków już w życiu zwiedziliśmy, więc ten możemy sobie odpuścić, zresztą po takich górach żaden zamek nam specjalnie nie zaimponuje. Odpalamy wóz i o 18.00 rozpoczynamy powrót (Hunedoara - Żnin to 1318 km). 

  • 20.10 Kilka km przed Lipovą restauracja Cicek - z naprawdę strzeżonym parkingiem. Żarcie drogie i pod Niemców obliczone, plus, że widać co się zamawia. Zachwycają nas łazienki i ubikacje, można nawet prysznic wziąć.
  • Oradea 22.50. O trzeciej w nocy wjeżdżamy na Słowację. O 5.20 do Polski. Odprawy niezauważalne czasowo. Jasło 6.30. Koło Tarnowa 50 minut na śniadanie. Kielce 10.00. Sulejów: 40 minut odpoczynku, wyjazd w południe. Sieradz 13.26, Turek 14.00. Koledzy są zdziwieni, że nie byłem nigdy w Licheniu. Postanawiają, bym naprawił ten błąd. O 15 jesteśmy więc w Licheniu i spędzamy tam godzinę. Kościół skromny, ale gustowny.
  • 16.54 - Oćwieka. Odstawiamy Zbycha na łono rodziny, która byczy się na daczy. Obiadek palce lizać.
  • 17.38 - wyjazd do Żnina
  • 18.00 - Żnin.

Dominik Księski, wrzesień 2002
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Dominik Księski, "Jerzemu Hajdukiewiczowi", śpiewa autor

 

 

Scroll to top