BESKIDY 1980

Rozsypaniec - Mała Czantoria 1980

25 sierpnia 1980 - 23 września 1980

483 kilometry trasy i 18,3 km podejść

 

19 VIII 1980
     Odwiedzam Andrzeja, kolegę z liceum i jednocześnie sąsiada z bloku. Rozmawiamy o następnym roku studiów, o szczegółach, związanych z kwaterą studencką, na której razem będziemy mieszkać i rozmowa schodzi na góry. Mówię, że wybieramy się z Piotrem, by przejść całe polskie Beskidy. Kręci głową. Ostrzega przed niepewną sytuacją polityczną. Dzień wcześniej przemawiał Edward Gierek, obaj oglądaliśmy, jak przy jakiejś kwestii walnął pięścią w pulpit. Jeśli Eda już jest taki marny, że mu puszczają nerwy - znaczy źle. Ale czy to powód, aby nie wyjeżdżać w góry na miesiąc? Wiemy, że Wybrzeże strajkuje. Andrzej ocenia, że z tego może być największy kryzys od 1956 roku. Pytanie, jak się rozwiąże. Raczej obaj mamy wrażenie, że rozejdzie się mimo wszystko po kościach. Jeśli rząd się postawi - będą rozruchy i zmiana rządu - oceniamy. Więc ustąpią, bo są cwani i dalej będzie jak było. Ale pewności nie ma.
     Po powrocie do domu dzwonię do Piotra. Głos ma nieszczególny. Niby jesteśmy umówieni na wyjazd za trzy dni, tak, ale trzeba poczekać, aż się sytuacja w kraju uspokoi. Jego mama nie chce, by został odcięty w tych górach przez jakieś niespodziewane zawirowania polityczne.
     Ile można czekać?

21 VIII 1980
     Już dawno zapowiedziałem w domu, że jadę na miesiąc w góry. Protestów nie zanotowałem. Poprzedni wyjazd był nawet dłuższy - od 26 czerwca do 1 sierpnia. Najpierw pieszo szlakiem Milówka - Babia - Orawa - Tatry, potem 2 tygodnie w Tatrach, przejazd autobusem do Tropia, stamtąd przez Roztokę-Brzeziny, Jamną, Ciężkowice, Łużną, Szalową i Maślaną Górę do Ropy i przez Bielankę, Leszczyny i Przysłup na przełęcz Małastowską. Teraz byłem w Żninie trzy tygodnie, nabyłem się. Ile można siedzieć w mieście? Dzwonię do Piotra. Podejrzewam, że prawdziwą przyczyną tego spadku ochoty na wyjazd jest nie Wybrzeże, a pewna osoba płci przeciwnej. Powód dla mnie zresztą jest nieważny. Zupełnie. Wszystko rozumiem, ale trzeba coś postanowić. Jedziesz czy nie jedziesz? Jeśli tak, ustalamy datę. Rozumiem. Nie jedziesz. OK.

23 VIII 1980
     Po południu wyjazd do Poznania. Pociąg ze Szczecina.

24 VIII 1980
     Rano w Przemyślu. Do Ustrzyk Dolnych tranzytem przez ZSRR. Kto jechał, wie. Dla potomnych, czytających tekst, warto unaocznić surrealizm tej trasy. Pociąg polski, tory wąskie, terytorium - ongiś polskie, dziś (czyli wtedy) radzieckie. Każdych (otwartych w czasie jazdy!) drzwi do wagonu strzeże jeden uzbrojony żołnierz imperium. Zapina się, by nie wypaść, specjalnym żelaznym drągiem z łapką; nakłada gogle, by wiatr w oczy mu nie zepsuł widoczności, wychyla się i obserwuje z zewnątrz okna swego wagonu.. Pociąg pędzi jak szalony, nie zatrzymując się ani na chwilę. Przy wjeździe i wyjeździe mijamy system drutów kolczastych, łudząco przypominający te znane z obozów koncentracyjnych. Da zdrastwujet socjalisticzeskij łagier! - ciśnie się na usta. Ale wszyscy milczymy. Chcemy dojechać.
     Jadąc z Ustrzyk Dolnych na południe kupuję bilet tylko do Smolnika. Oglądam cerkiew, robię spacerek, wystarczy jak w Ustrzykach Górnych będę późnym popołudniem. Ze Smolnika zabieram się starym pekaesowskim niebieskim jelczem. Pokapuje. Ustrzyki Dolne. Pustka, wilgoć, fale dżdżu i zimny wiatr. Lokuję się w wychłodzonym schronisku PTTK.

25 VIII 1980
     Rano autobusem do Pszczelin. Z tego ranka pamiętam uwieczniony w mej pamięci niby w kadrze fotograficznym taki obrazek: wysypana kamyczkami droga idąca od asfaltu w głąb gór, skręcająca w prawo, potem w lewo, słychać szum strumienia i szurgot tych kamyczków a wraz z tym obrazem zapisuje się myśl: - No to teraz już nie ma odwrotu, wszedłeś na tę drogę, musisz ją zrobić.
     Las, karłowate buczki, na koniec połonina. Jestem w Bieszczadach pierwszy raz, wszystko dla mnie nowe. Ze zdziwieniem zauważam, że tego szlaku nie sposób zgubić. Twarda, mocno przedeptana ścieżka bez żadnych odgałęzień. Suche trawy po pachy. Idę na lekko, w plecaku jedynie żarełko, picie i coś ciepłego. Bukowe Berdo, Krzemień, Halicz, Rozsypaniec. Tu zaczynam wycieczkę. Nie wiem dziś, dlaczego nie poszedłem asfaltem na Przełęcz Bukowską. Chyba szlaku z Wołosatego przez Przełęcz Bukowską na Rozsypaniec wtedy jeszcze nie było. A może wrodzony wstręt do asfaltu? Nie pamiętam.
     Pogoda chmurna, ale przez cały dzień nie pada (może trochę kropi po południu). Wracam przez Halicz, wstępuję na Tarnicę (1346) i przez Szeroki Wierch schodzę do Ustrzyk.
     W schronisku jeszcze zimniej. Nieprzyjemnie. Nędzne kible, smutne posadzki, niewygodne łóżko. Wyciągam zadołowane w worku foliowym pod łóżkiem w wieloosobowej sali manele, pakuję plecak i idę wcześnie spać.

26 VIII 1980
     Pogoda podobna, mniej zimno, za to wiatr na Caryńskiej. Ludzi zero. Zejście do Berehów niewygodne. Przy mostku na Prowczy długo stoję, myśląc, czy iść na Wetlińską, czy nocować w bazie studenckiej, do której zaprasza strzałka. O istnieniu bazy nie widziałem; jakbym wiedział, może tak właśnie bym ten dzień zaplanował? Tymczasem w planach mam schronisko na Wetlińskiej, jeszcze wtedy nie nazywane Chatką Puchatka. Czytałem o tym schronisku, chciałbym je poznać. O bazie nic nie wiem. To decyduje. Idę dalej.
     Dziś trochę żałuję. Powinienem zostać w Berehach. Czułem zmęczenie i nie chciało mi się iść. A podejście pod Wetlińską - ostre. Chciałem je machnąć szybko, zrobiłem w pewnym momencie za wysokiego kroka, pociągnąłem z lewego buta - i naciągnąłem ścięgno w kolanie.
     W schronisku bardzo sympatycznie, pusto. Gdy szedłem po wodę, nie włożyłem swetra, przewiało mnie. Nie wiedziałem, że tak daleko do źródełka. Nocuję w sali z oknem od zachodu. Wraz ze mną dwóch chłopaków z Gdańska. Mają z pierwszej ręki informacje o strajkach. Mówili, że zanim wyjechali, rząd się zgodził na wszystkie żądania strajkujących w Stoczni, ludzie już chcieli wychodzić, ale wmieszali się "korowcy" i doprowadzili do kontynuacji strajku wbrew podpisanemu porozumieniu. W sumie relacja niezbyt przychylna dla strajkujących. Chłopaki cieszyli się, że władza ustąpiła, chwalili stoczniowców za sukces, ale źli byli, że ten sukces może być zaprzepaszczony przez nie-wiadomo-po-co-jeszcze-strajkowanie. Włączają radio tranzystorowe. W ciemności słuchamy dziennika, w którym transmitują kawałki kazania prymasa Wyszyńskiego - dziś wiemy, że "słynnego kazania prymasa Wyszyńskiego". Podobnie jak Edward Gierek wzywa do dojrzałości narodowej i obywatelskiej, co interpretujemy wspólnie tak: jest groźnie, strajkujący powinni ustąpić, bo władza się nie cofnie.

27 VIII 1980
     Pogoda wietrzna, chmurna, chłodna. Na Przełęczy Orłowicza zaskakuje mnie mile źródełko. Było opisane w przewodniku Krygowskiego "Od Beskidu Śląskiego po Bieszczady" - jednego z dwóch, jakie z sobą wziąłem, ale nie doczytałem. Drugim przewodnikiem, jaki miałem z sobą był grubawy "Beskid Niski" na cieniutkim papierze. "Bieszczad" nigdzie nie szło znaleźć ani pożyczyć. Trudno. Pozostałe pasma znałem dobrze z wcześniejszych wycieczek. Ułożyłem sobie trasę według skrzyżowania różnych kryteriów. Częściowo przebiegu grzbietu (Krościenko - Beskid Krzyżowski), częściowo wg atrakcyjności (bieszczadzkie połoniny), częściowo przez góry, na których nie byłem (dlatego ominąłem worek raczański, Stożek i Czantorię dla Romanki i Baraniej Góry) lub dotarcia tam, gdzie już byłem (Przysłup). Zgrabna książeczka Krygowskiego służyła mi pomocą, ale nie kierowałem się ideą przejścia gór cały czas wzdłuż czerwonych pasków.
     Smerek. Schodzę znów na przełęcz, z niej idę do Jaworzca. Wczoraj na Wetlińską wszedłem co prawda bez problemów z kolanem, ale dziś przy zejściu daje poważnie znać o sobie i nieco kuśtykam.
     W Jaworzcu cieplutko. Schludny kocyk w pokoju, skrzypiące schody, czyste stoły, jasno. Wieczorem pogoda      deszczowa, zastanawiam się, czy dzień nie odpocząć.

28 VIII 1980
     Rano zdecydowanie nigdzie nie idę. Pogody nie ma, kolano opuchło, daje znać o sobie przeziębienie. Trochę gram w szachy, wyciągam gitarę. W schronisku dużo ludzi, sympatyczni, trochę śpiewamy. W czasie przerwy w deszczu - spacerek wśród kałuż o ołowianym kolorze szeroką drogą wysypaną kamieniami. Dzień mija szybko, jeden z turystów, który jest lekarzem, radzi mi obandażować kolano, daje jakiś krem i mówi, że z biegiem czasu minie, mogę iść, byle nie forsownie. Na wypadek, jakby przeziębienie się rozwinęło, daje mi pięć tabletek wibramycyny. Radzi poczekać, nie brać niepotrzebnie. Ale jak trzeba, mam wziąć, on gwarantuje, że będę zdrowy. Leżeć nie muszę, ale nie mam się forsować. OK.

29 VIII 1980
     Aby się więc nie forsować - dzień odpoczynkowy. Przez Falową do Cisnej. Nie pada, nadal chłodno. Zero ludzi. Noga lepiej. W Cisnej wyszukuję chałupę ze stodołą. Gospodyni nieco nieobecna duchem, czymś zajęta. Właź, śpij. No problem.

30 VIII 1980
     Rano pytanie, gdzie z szosy szlak wbija się w stoki prowadzące w stronę Wołosania. Szukam po asfalcie w prawo, w lewo. W końcu okazuje się, że na mapie jest inaczej, w terenie inaczej. Przysysam się do czerwonego szlaku i walę do góry. Jest nieco cieplej. Wygodna ścieżka przez bukowe lasy, dobrze oznakowana. Pojawia się momentami słońce. Zejść prawie nie ma, noga coraz bardziej okej.
     Na przełęczy Żebrak jestem wcześnie. W planach - nocleg w uzdrowisku Rabe. Oczyma duszy widzę pustawe o tej porze sanatorium, ciepłe, ogrzane przez dużą, perspektywicznie wybudowaną dla całego kompleksu (w oczach mam Ustroń - Zawodzie) kotłownię. W opisie mapy jak byk przecież napisano: wieś uzdrowiskowa, a na mapie zaznaczono zabudowania po obu stronach drogi. Jeszcze do mnie nie dotarło, że takie same jasnopomarańczowe kwadraciki, które na mapie Beskidu Żywieckiego oznaczają średnią wieś, na mapie Bieszczadów oznaczają jeden dom. A w Rabem jeszcze lepiej - oznaczały miejsce, gdzie jakiś dom ma stanąć w przyszłości. Po zejściu szeroką i brzydką drogą w słońcu, po bezwzględnym minięciu miejsca, gdzie zaznaczone były zabudowania, nie wiem, co robić. Decyduję się wracać na przełęcz Żebrak, by kontynuować trasę i dojść do Duszatyna - choćby o zmroku. Nie bardzo mi to pasuje, bo miałem się oszczędzać, ale wyjścia nie ma. Wkoło pustać. Zielone łąki w miejscach, gdzie kiedyś były pola, tu i ówdzie rzadkie jałowce. W różnej odległości od drogi krzyże, świadczące o tym, że kiedyś tu była wieś.
     Nagle - samochód! Pod górę jedzie z trudem czerwony mały fiat z dwoma osobami. Nie muszę specjalnie mocno machać, zatrzymuje się z samego wysiłku jazdy pod górę. Podwieziecie na przełęcz Żebrak? Podwieziemy. Przejazd po drodze, która jest w bok od trasy, mieści się w konwencji wycieczki, bo choć założyłem sobie całe polskie Beskidy przejść pieszo, to nie wykluczyłem komunikacji na martwych odcinkach (np. zjazd z przełęczy po aprowizację i powrót w to samo miejsce).
     Pasażerowie fiacika potwierdzają, że ta dolina jakiegokolwiek uzdrowiska dotąd nie widziała. Po pewnym czasie widzę po prawej góralską bacówkę, a przy niej człowieka. Proszę, by stanąć. Zanocuję tu. Bardzo dziękuję za podwiezienie. Wyciągam z trudem plecak, macham na pożegnanie. Fiacik tańczy na dużych, okrągłych (dunajcowych?) kamieniach, smrodzi i oddala się.
     Schodząc, nie zauważyłem tej bacówki, bo zasłaniały ją drzewa. Teraz przeskakuję strumień i po rozjeżdżonej drodze ruszam w górę. Przed bacówką miły stolik, schludne ogrodzenie z żerdzi. Wita mnie pasterz w średnim wieku. Chętnie udzieli noclegu. Jest sam. Mogę się rozgościć. W miłym popołudniowym słonku robię sobie jedzonko. Sielanka.
     Przez łąkę pędzi pies pasterski, białe bydlę z czerwonym pyskiem. - Co było, sarna czy zając? Sarna czy zając? No sarna pewnie, sarna - mówi do pieska pasterz i głaszcze go. Potem wychodzi gdzieś na pół godziny. Kończę jedzonko i odpoczywam. Gdy wstaję, by podejść do plecaka, pies unosi łeb i mruczy, wyrażając niezadowolenie z faktu, iż wstałem. Mam siedzieć i do żadnego plecaka nie podchodzić. Tak też robię. Nie chcę doprowadzić do sytuacji, w której pasterz po powrocie zapyta: - No co było? Turysta pewnie, turysta...
     Wieczorem siedzimy w bacówce przy watrze, gadamy. Ekipa jest spod Zakopanego, owce wieźli koleją. Śpiewam trochę. "Kiedy góral umiera" wzrusza ich do łez prawie. Chwalą, że prawdziwe.

31 VIII 1980
     Pogoda piękna. rano jeszcze raz śpiewam na pożegnanie "Górala" i idę w górę wprost na Chryszczatą starą drogą, zaznaczoną na mapie. Miejsce, w którym zaczyna się, wskazuje mi pasterz i - w górę. Cały czas pilnuję jej przebiegu z kompasem – to pierwszy odcinek bez szlaku. Idę najpierw wzdłuż potoku, potem wchodzę na południkowo ułożony grzbiet. Droga jest tylko w małych fragmentach zarośnięta, wyraźna, przebiega dokładnie jak na mapie i po godzinie - półtorej dochodzę do szlaku. Na szczycie Chryszczatej nieco śmieci.
     Schodząc staram się obejrzeć słynne jeziorka. Nie wywołują we mnie specjalnego dreszczu emocji. To, które widzę jest bardziej bajorkiem, niż jeziorkiem. Podoba mi się droga przez Duszatyn. Smugi słońca, cienia, wilgotnego powietrza, tory, rzeka.
     Po dojściu do Komańczy melduję się w noszącej ślady dawnej świetności willi, będącej schroniskiem PTTK. Na schodach jakiś gość w swetrze informuje mnie, że jest porozumienie, trzeba oglądać dziennik. Jakie porozumienie? Między kim? Schodzę do świetlicy. Kilkanaście osób w ciszy śledzi sygnał dziennika telewizyjnego. Spiker prawi na okrągło, parę słów mówi wicepremier Jagielski, a potem jakiś gość z czarnymi włosami, wielkim odpustowym długopisem składa podpis w imieniu robotników. Ludzie w pewnym momencie zaczynają mówić, zagłuszają relację, napięcie w sali pryska, wszyscy się ściskają i krzyczą. Nie bardzo kumam, z czego tak się cieszą, no ale też ściskam grabule, przecież jak się cieszą, to pewnie jest z czego. Nie bardzo rozumiem wagę tego porozumienia, nie wiem przecież, że stoi już prawie cały kraj i władza jest przyciśnięta bardzo mocno do ściany, ledwo dyszy, a wie, że tylu karabinów do strzelania we wszystkich miejscach na raz i tylu pałek do bicia, to nawet ona nie ma (w tej chwili). Z tego, co usłyszałem w dzienniku, nie wynika, że to jest kapitulacja PZPR-u, raczej mam wrażenie, że ot - porozumieliśmy się, drobne błędy się naprawi wespół z robotnikami, przy ich współudziale i pomocy, by socjalistyczna ojczyzna rozwijała się jeszcze harmonijniej. Ale goście schroniskowi najwyraźniej są bardziej na bieżąco, widać wyedukowani przez regularne słuchanie Wolnej Europy, bo dla nich to jest przełom na miarę 1918 roku. Dla mnie najważniejsze, że zamieszek nie będzie, można spokojnie iść dalej.

1 IX 1980
     Chłodno, nieco chmur, ale nie pada. Podchodzę w stronę granicznego grzbietu i idę do Jasiela. Po niespodziankach w Rabem nie oczekuję specjalnie niczego, gotów jestem zejść do Woli Niżnej, jakby co. W Jasielu nikogo, stoi za to dom. Schludny, w miarę czysty, futryny bez okien, częściowo zasłonięte matowymi workami po nawozach. Zastanowiło mnie, że dziury w podłodze i w styku podłogi ze ścianą zabite są łatkami blachy z puszek po konserwach. Artystycznie, gwoździkami dookoła. Przeciw szczurom czy myszom? - zastanawiam się i oceniam, że jeśli są zabite, to pomieszczenie powinno być przy zamkniętych drzwiach szczelne, jak puszka Faradaya. Gotuję na juwlu pyszny obiadek, spacerować nie ma gdzie, bo okolica składa się z rozjeżdżonego w koleiny błota wypełnionego wodą. Zrobiłem mały błąd, bo trzeba było bez wora zbadać, jak stamtąd szlak wchodzi w las - daleko nie było. Ale nie zbadałem.
     Po ułożeniu się w śpiworze na karimacie pierwszy sen przerywa biegająca po mnie mysz. Świecę latarką, ale co ja mogę ustalić za pomocą latarki? Nic. Uspokajam się zasłyszanym kiedyś prawidłem, że w domu, w którym są myszy, nie ma szczurów. Oblewam benzyną szeroki na ok. 5 cm pasek dookoła karimaty, aby nieco zniechęcić zwierzynę do penetracji mojego rejonu i kładę się spać. Dodaję sobie logicznie, że jakby mnie zaczęły jeść, to się najpierw obudzę. A jak sobie po mnie pobiegają, to mi przecież nie ubędzie. Zastanawiam się jeszcze, czy mimo wszystko nie powinienem wziąć na ten wyjazd namiotu, ale nad czym tu się zastanawiać - nie mam po prostu namiotu. Był jakiś wybór?

2 IX 1980
     Noc przebiegła bez wydarzeń, spałem jak zabity. Skonstatowalem z radością, że nie jestem zjedzony. Dobra sytuacja.
     Chłodno, chmurno, zaczyna kropić. Mijam jałowce z rzadka rosnące na łące. W połowie drogi w stronę lasu na samotnej sośnie o okrągłym pokroju wyraźny szlak. Następnego nie ma. Gdzie szlak wchodzi w las? W którym kierunku idzie? Z mapy wynika, że nie wprost na granicę, tylko z początku lekkim trawersem w prawo. Gdzie ścieżka? Brak ścieżki. Zaczyna padać. Trochę się denerwuję. Błąd. Mam gdzieś szlak, biorę azymut wprost na granicę i ruszam do góry zgodnie z zasadą, że póki do góry, to dobrze. Idę, idę, droga się wypłaszcza, nawet zaczyna obniżać, a granicy nie ma. Zaorali? Niemożliwe. Nie szacuję tempa i odległości. Błąd. Granicy nie ma, w pewnym momencie mam wrażenie, że poszedłem za mocno na lewo i idę równolegle do odcinka granicy o przebiegu zbliżonym do południkowego - że idę bardziej na lewo (na wschód), niż chciałem. Chaszcze przeokropne, sosnowe młodniki na podłożu jeżyn. Skręcam pod kątem prostym w prawo. Albo dojdę do szlaku, albo do granicy - stwierdzam. Błąd - zakładałem, że szlak prowadzi ścieżką, a on przecież w tym miejscu mógł nie być przedeptany i wieść rzadkim lasem od znaku do znaku - jak to później miało miejsce, gdy opuszczałem łąkę i zagłębiałem się w zarośla zawłaszczające Nad Tysowym.
     Po półgodzinie przedzierania się konstatuję, że teraz to już na pewno idę równolegle do granicy - z tym, że do jej odcinka równoleżnikowego. Znów się wypłaszczyło, idę po równym. Zero punktów orientacyjnych. Teraz skręcam w lewo, by w końcu dojść do tej granicy, ale po kolejnej półgodzinie stwierdzam, że pewnie znów idę równolegle do granicy, która bardziej na zachód znów wykręciła w stronę południa. Bagnisto. Zwalone drzewa spróchniałe. Pada.
     Zdejmuję plecak - pierwsza dobra decyzja. Staję i dumam nad mapą. Ustalam wszystkie niekonsekwencje. Zakreślam kwadrat, z którego na pewno nie wyszedłem. Duży. Zaznaczam najbardziej prawdopodobne miejsce pobytu. Droga wprost na południe - nie ma rady - musi mnie doprowadzić do tej granicy. A jak ją już minąłem? Czy możliwe? Chyba nie. Płasko, w ogóle nie czuć układu grzbietów. No ale gdzieś trzeba iść. Idę więc prosto na południe. Gdy jednak kilkanaście kroków później noga zsuwa mi się z oślizgłego pnia, oblewa mnie pot na myśl, co się stanie, jak tu coś sobie skręcę czy złamię. Dotąd w ogóle nie myślałem o zagrożeniu, płynącym z samotnej wycieczki, w domu też specjalnie nie rozwodziłem się nad tym, że Piotr z wyjazdu zrezygnował. No ale refleksja była teraz krótka - trzeba wybrać inną drogę. Rzut oka na mapę, azymut na północ z lekkim odchyleniem na wschód. Na Wolę Wyżną. Teraz idę wg zasady - byle w dół, będą ludzie. W sumie - ostatniego człowieka widziałem w Komańczy ponad dobę temu. Po kilkunastu minutach młodnik się kończy, łapię potoczek. Ma kierunek na północny wschód. Czyli dobrze. Dwadzieścia minut i jestem na równej drodze bitej.
     Wola Wyżnia, Wola Niżnia, dochodzę do szosy Komańcza - Jaśliska. Tu już nie wolno mi podjechać. Samochody ochlapują mnie na cacy. W Jaśliskach trafiam do geesowskiej knajpy w starym stylu. Lata sześćdziesiąte, tylko filmy kręcić. Żarcie świetne, jem i jem. Przebrałem skarpetki, po kilku szklankach herbaty z cytryną wraca dobry humor.

     Nie pada. Idę rozsłonecznionym po deszczu traktem w stronę Lipowca. Przechodzę przez przełęcz między Tokarnią a Serednim Wierchem do Zyndranowej. Stamtąd drogą skręcającą przy cerkwi przeskakuję niewielki garb - i Barwinek. Już z Lipowca idzie mi mułowato. Do Barwinka docieram ździebko skonany. W PTSM-ie zakwaterowane wojsko. Walą mi na dzień dobry pełną menażkę grochówki, pajdę chleba z grubym masłem. Drugą, trzecią. Biorą wszystko do suszenia. Jest dobrze. Regeneruję się w pół godziny.

3 IX 1980
     Pogoda duszna, wilgotna, powietrze stoi - ot klimat niskobeskidzki, który poznałem w lipcu na trasie z Ropy. Wyskrabałem się niebieskim szlakiem na Baranie. Przed Kaczurakiem schodzę w dolinę w stronę Huty Polańskiej (tak wtedy prowadził szlak) i - powiem to górnolotnie - powala mnie na kolana urok tej doliny. Przez wysokie trawy dochodzę do kościoła i oglądam go. Potem droga przez Ciechanię, niezwykle świecące z ukosa słońce - już nie tak gorące, jak na Baranim. Czuję, ze jestem sam w górach. Droga biała, szeroka, pusta. Góry żyją, brzęczą, śpiewają ptakami, pulsują. Zakręt, wyjście na przełęcz. Po drodze nic nie jedzie, nikt nie idzie, nie widać żadnych zabudowań. Wchodzę na Nad Tysowym, Ścieżka się gubi, niebieski szlak jest mało przedeptany, ale dobrze pomalowany. Zejście, jakieś młaki, jeszcze podejście. Po minięciu lasu wychodzę nagle na szerokie pole. Nowy krajobraz. Ożenna. Z daleka widzę pegeerowskie bloki. Wchodzę między gnój leżący na betonowych płytach drogi i ubrane w przypadkowe ciepłe ciuchy dzieci w różnym wieku, bawiące się koło domów. W oknach niskich bloków ludzie.
     Moim celem jest schronisko PTSM. Mijam jakieś skrzyżowanie, na którym nikogo nie ma. Pojawia się asfalt. Idę długo w dół przez wieś. Po obu stronach nieco zachowanych starych chałup, jeszcze przedwojennych. Na progu jednej z nich, po lewej stronie drogi, stoi starsza kobieta. Zatrzymuję się. Od słowa do słowa ustalamy, że mogę u niej zanocować. Zrzucam plecak. Wnoszę do kuchni. Jest już wieczór. Dostaję jajecznicę, rozmawiamy. Noc spędzam na małym dziecinnym tapczaniku w kuchni.

4 IX 1980
     Rano lampa. Słońce, aż łeb urywa, upał, środek lata. Nie wracam na niebieski szlak, ruszam w dół asfaltem w stronę Wyszowadki. Czemu wybrałem trasę dolinami, zamiast iść najlogiczniej, czyli szlakiem granicznym? Przyczyna główna to chęć odwiedzenia Przysłupia, gdzie pod koniec lipca wraz z siostrą pomagaliśmy przy remoncie cerkwi pod wezwaniem św. Michała. Wyszliśmy stamtąd w kluczowym momencie, po wylaniu pierwszej pecki, która miała posłużyć jako nowy fundament dla przechylającej się konstrukcji. Następnie miano ją podnieść na lewarach i oprzeć na tych nowych fundamentach. Byłem niezwykle ciekaw, czy akcja się udała. Ta przyczyna była więc decydująca. Była i drugoplanowa - chciałem trochę powędrować nie tylko przez szczyty, ale i dolinami, które są naturalnym składnikiem każdych gór. A te doliny - z mapy - zapowiadały się interesująco. Nie zawiodłem się. Cały dzień szedłem rozprażonymi żwirówkami, w towarzystwie potoków i śladów po zniszczonej cywilizacji. Najpierw Grab. Tu krzyż, tam kapliczka, tam znów krzyż. PGR Wyszowadka. Rozstaje w Długiem, Nieznajowej, cerkiew w Wołowcu - pusta świątynia w środku pustych gór. Jestem drugi raz w Beskidzie Niskim, wcześniej nie ciągnęło mnie tu - ani wysokich szczytów, ani zabytków, ani schronisk, daleko... Ale już jestem kupiony. Dochodzę do schroniska pod Magurą Małastowską. Nocuję w tym schronisku, by je poznać. Nikogo nie ma, cicho i pusto. Wszedłem na tereny wcześniej znane, odtąd co pewien czas będę trafiał na drogę, którą kiedyś szedłem.

5 IX 1980
     Mam tylko parę kilometrów do Przysłupia. Piękny, letni dzień. Zboczami Magury Małastowskiej, szeroką drogą idę przez cienisty las, wychodzę na łąkę, pełną świerszczy. Z tej łąki - jedna z najładniejszych panoram górskich, jakie znam. Na południowy wschód. Patrzyliśmy na nią krótko z siostrą, oglądając się do tyłu, gdy z Przysłupia szliśmy na autobus z Przełęczy Małastowskiej, gdzie kończyła się nasza górska wycieczka. Chciałem się z tej łąki lepiej górom przyjrzeć i wyjazd do Przysłupia był konkurencyjną opcją trasy przez całe polskie Beskidy. Gdy wpadłem na to, że w trakcie wycieczki można tu wpaść i nieco pobyć - problem był rozwiązany.
     Pod chałupę starego Kapelucha zachodzę w południe. Poznaje mnie, opowiada o zakończeniu remontu. To syn przedwojennego sołtysa. Wyemigrował przed wojną do Ameryki, ale szybko wrócił. Po wysiedleniu mieszkańców Przysłupia na zachód udało mu się wrócić drugi raz. Jowialny, wesoły. Śpię w stodole.

6 IX 1980
     Dzień odpoczynku. Pomagam w gospodarstwie przy zwożeniu siana.

 7 IX 1980
     Trzeba iść. Przechodzę przez potok, wchodzę na grzbiet oddzielający Przysłup od Smerekowca. Idę nim nieco na wschód przez spalone słońcem trawy, potem skręcam w prawo w starą drogę na Smerekowiec. Stamtąd szlakiem przez Banne (podejście!) i Skwirtne na Kozie Żebro. W Skwirtnem zaczyna padać, na podejściu na Kozie Żebro - lać. Tak silnie, że po półgodzinie woda z czapeczki ścieka mi po szyi, grzbiecie i niżej, a po nogach wprost do butów. Podejście bukowym, stromym (powiem szczerze - bardzo stromym) lasem po ślizgających się czerwonych liściach. Resztę zostawiam wyobraźni czytających. Na szczycie nie zatrzymuję się dłużej, niż kilkanaście sekund. Zejście do Hańczowej.
     W Hańczowej reaguję na pierwszą zieloną tablicę z kwaterami dla turystów. Muszę wyglądać jak nieboskie stworzenie, bo gospodyni chwyta się za głowę. Prowadzi mnie do pustego, obszernego czteroosobowego pokoju. Zrzucam wszystkie ciuchy, ubieram się w suche i w kapciach schodzę na dół, gdzie już czeka na mnie talerz dymiącego rosołu. Jest dobrze, nie czuje się wcale zmęczony.
     Nie potrafię powiedzieć, czemu schodziłem do Hańczowej, miast do Wysowej. Chyba w tym deszczu pomyliłem szlaki na zejściu ze szczytu. W pamięci kołacze mi się jakiś pomysł trasy przez Ropki i Przełęcz Hutniańską. Ale dalej bez szlaku na Ostry Wierch? Chyba nie. Przez Ropki i przełęcz Perehybę do doliny Bielicznej i przez Przełęcz Pułaskiego na Lackową? Najlogiczniejsze zejście było do Wysowej. Nocowałem jednak w Hańczowej.

8 IX 1980
     Rano powoli przejaśnia się. Pożyczam żelazko, by prasowaniem przyspieszyć suszenie przemoczonej odzieży. Weranda wychodzi na południowy wschód. Gdy pracowicie prasuję i odparowuję materiał, wychodzi słońce. Wieszam część ciuchów na poręczy i po pewnym czasie widzę, że te, które schną w słońcu, schną szybciej, niż te prasowane.
     Zastanawiam się, co robić, gdzie iść. Automatycznie się pakuję i - w drogę.
     Pogoda niepewna. Niby świeci słońce, ale może jeszcze padać. Decyduję się na twardy szlak: szosą do Wysowej, potem przez Ostry Wierch i Lackową. O Lackowej słyszałem, a jakże. O dwóch podejściach (które dla mnie będą zejściami). Koledzy prosto z nocnego krynickiego pociągu poszli przez Huzary i Dzielec, a pod koniec dnia nadziali się na Lackową. Gdy na szczycie myśleli, że nic ich już gorszego spotkać nie może, dostali dokładkę pod Ostrym Wierchem. Jestem więc przygotowany na najgorsze. Wychodzę o wpół do pierwszej w południe, nocować chcę w Mochnaczce. Po zejściu z Lackowej, na Dzielcu, gdy zbliżam się do końca trasy po Beskidzie Niskim, potwierdzam opinię tych moich dwóch kolegów (opinię, w którą wcześniej nie bardzo wierzyłem), że w porównaniu z Beskidem Niskim - Tatry to pestka, jeśli chodzi o podejścia, trudność szlaków i wysiłek, wkładany w drogę.
     Stoję na szosie Tylicz - Mochnaczka. Zaraz zacznie zmierzchać. Wilgotno. Nie bardzo chce mi się zbaczać, iść w dolinę, nocą. Nie wiadomo, jak tam z noclegiem. W Krynicy łatwiej po nocy coś znajdę, choćby w hotelu. Mam nieco grosza przyoszczędzonego z tych dni, w których za nocleg nie płaciłem. Oczyma duszy widzę się już nocującego w krynickim hotelu i biorącego prysznic. Nie pamiętam dziś, jaki czas widniał na drogowskazie, ale chyba półtorej godziny. Przez Huzary. Co za operetkowa nazwa! Pikuś - myślę sobie. Jak na drogowskazie jest półtorej godziny, przelecę to w godzinę. Zupełnie ciemno będzie też gdzieś za godzinę, do góry!
     Och, jakże się myliłem... Ciemno się zrobiło, jak tylko wszedłem w las, a po nocy tłukłem się do tej Krynicy dwie i pół godziny. Nie popatrzyłem sobie na poziomice, a tu podejście po byku! W górę i w górę. Chyba to był najcięższy szczyt na całej trasie. To jeszcze przecież Beskid Niski - szlak momentalnie się zgubił. Drogi szerokie i wyraźne, ale ile ich! Co rozstaje, ja staję. Świecę jak głupi po drzewach, a tam inflacja oznaczeń - jakiś szlak dochodzi, jakiś odchodzi, zielony, niebieski, czerwony. W świetle latarki każdy kolor taki sam. Na plus zapiszę sobie, że szedłem jak po sznurku. Ale ile mózg spalił na myślenie! Gdy walę szybkim krokiem po wygodnej alei, nagle z gałęzi nad głową startuje jakieś ptaszysko. Huk piór, gałęzi - scena jak z filmu grozy. Serce w gardle. Za pewien czas w czarnych krzakach parę kroków obok – zwierzęcy ryk. To rogacz w czasie rui, a nie niedźwiedź (z tym, że trzeba o tym wiedzieć).
     Ale już zejście. Woda mi się skończyła jeszcze na Lackowej, pić się chce jak diabli. Asfalt, lampy z okrągłymi białymi kloszami. Muzyka. Bar - ogródek z wysokimi stołkami na wolnym powietrzu. W lesie zimno, tu ciepło. Siadam z butelką pepsi nie zdejmując plecaka (mniej się zmęczę niosąc go, niż powtórnie zakładając) i piję. Obok mnie siedzą dwaj mężczyźni w białych rozpiętych koszulach, wyelegantowani, rześcy i patrzą na mnie jak na Marsjanina.
     Oddaję butelkę i ruszam asfaltem w dół. Ciągnie się i ciągnie to uzdrowisko. Noclegów dla ludzi żadnych nie mijam, czekam aż zmaterializuje mi się ten hotel. W końcu - jest. Wchodzę i - nadal nie zdejmując plecaka - komunikuję, że chciałbym zanocować. Portier odsyła mnie na kwaterę prywatną. Ja nie - że tu, w tym hotelu chcę zanocować. On (jestem pewien) łże że nie ma miejsc. Trudno. Dzwoni, dostaję adres i opis jak dojść. Po trzech kilometrach marszu drogą na południe, skręcam w lewo, znajduję kwaterę. Zegar bije wpół do pierwszej. Ale jest prysznic. I ciepła woda. No - mruczę zadowolony - w końcu jest się w uzdrowisku. Po kąpieli zmęczenie pryska, wypoczęty idę spać.

9 IX 1980
     Trzeba zrobić zakupy. Popełniam błąd. Zamiast spakować się i wyrwać do centrum, idę sobie jak na własne osiedle do supersamu. Najważniejsza dla mnie jest benzyna, bo nie mam już nic, a tu stacja benzynowa - na drugim końcu Krynicy. W mieście ruch, korki. Samochody smrodzą, uczniowie śpieszą do szkół, urzędnicy z teczkami - do Urzędu Miasta i Gminy. Pół Krynicy na zakupach, kolejki wszędzie i po wszystko.
     Wypłacam z książeczki PKO gotówkę na dalszą trasę. Na każdy dzień mam przewidziane sto złotych - w sumie trzy tysiące na całą wycieczkę. Cały czas pilnuję, żeby nie wydać więcej, bo nie chciałbym wracać do domu z powodu wyczerpania kasy. W Krynicy wykorzystuję jednak budżet kilkudniowy - mam przecież zaoszczędzoną gotówkę z Niskiego. I dobrze, bo to ostatni punkt, gdzie przed opuszczeniem województwa nowosądeckiego cośkolwiek można było kupić do zjedzenia. Później, w bielsko-bialskim zaopatrzenie było już zupełnie inne - po prostu było. A w nowosądeckim chcieli mnie formalnie zagłodzić. Nic w sklepach. Ani paprykarzu szczecińskiego, ani serków topionych, ani sera żółtego, ani makreli w pomidorach, ani żadnego dżemu - te produkty, powszechne na całej trasie, w nowosądeckim nie występowały. Dla niepamiętających tamtych czasów dodam, że kiełbasa, pasztet w puszce czy mielonka była generalnie w górskich sklepach nieosiągalne. Ale w tej Krynicy to jeszcze coś było.|
     Po ponaddwugodzinnych zakupach w słońcu, tłumie i samochodach jestem wykończony gorzej, niż po podejściu na Bukowe Berdo. Nie wiem, która jest, gdy wychodzę - dwunasta? pierwsza? Nie idę przez Czarny Potok, bo znam tę drogę po asfalcie. Z centrum Krynicy przeskakuję mały garbek, dolinka i podejście na Jaworzynę. Schronisko omijam szerokim łukiem, nie wiem nawet, czy do niego zachodzę. Pamiętam nocleg latem 1978 - ludzi pełno, śpię w głównej sali na podłodze, gdzie do późnej nocy chodzi bardzo głośno (aby wszyscy dobrze słyszeli) telewizor. Horror.
     Szlak z Jaworzyny na Łabowską - autostrada. Szeroka, wygodna, momentami wysypana miękkim, przedeptanym igliwiem. Ludzi nie ma. Schronisko w remoncie, zjeść można, ale spanie tylko w namiotach. Dwie beczki stoją nieopodal. Śpię tam sam. Zimno jak sto diabłów, mój anilanowy śpiwór zawodzi na całej linii.

10 IX 1980
     Schodzę do Rytra i nocuję na kwaterze prywatnej na niebieskim szlaku idącym w stronę Prehyby, po lewej stronie drogi. Spotykam dwie koleżanki ze studiów. Nie wiem, dlaczego nie szedłem dalej, wszak nocleg zaplanowany miałem na Prehybie. Nie pamiętam, ale mam wrażenie, że zastał mnie tam deszcz. A może czułem się zmęczony?

11 IX 1980
     Wchodzę na Prehybę niebieskim szlakiem. W schronisku pusto, ale wczoraj był półdniowy odcinek i dziś miałby być półdniowy odcinek? Nie podoba mi się to. Choć nie bardzo mi się chce iść, schodzę do Krościenka. Gdy na Dzwonkówce wychodzę z lasu, widok - pierwsza klasa. Ale jest chłodno, wieje i czuję, że mnie telepie. Chyba za mocno wymarzłem na tej Hali Łabowskiej. Dochodzę zmęczony do Krościenka, melduję się w schronisku PTSM, w piętrowym domu z czerwonej cegły.
     Zostaję zamknięty w całym budynku, dostaję klucz od pokoju (po co?). Jestem sam w zimnej sali, ciasno zastawionej dwudziestoma łóżkami piętrowymi z wąskimi przejściami. Nie ma się jak ruszyć. Łeb mi pęka; czuję, że mam gorączkę. Herbata z cytryną. Pełen kubek. Jadłem obiad na Prehybie, ale jestem potwornie głodny. Na juwlu stojącym na podłodze, gotuję wypchnięte ze słoika kiełbaski w sosie o brązowym wyglądzie. I nie mogę się przemóc, żeby coś zjeść. Czuję, że jak zjem te kiełbaski, to odjadę. Jeszcze jedna herbata, calcipiryna, śpiwór. Nakrywam się kocami. Dwa. Mało. Sięgam po trzeci. W nocy dobieram jeszcze czwarty. Godzinami przewracam się z boku na bok, podsypiając i budząc się. Po głowie krąży jedna, jedyna myśl - że muszę rano wysłać do Żnina telegram: "Wracam jutro, wszystko w porządku, Dominik". Układam ten tekst, zastanawiam się nad każdym słowem. Koniec trasy, myślę. Koniec trasy. Trudno. Gdy nad ranem budzę się po raz kolejny, koce mnie tak przywalają, że ruszyć się nie mogę. Jeden zrzucam, bo mam wrażenie, że czuję się nieco lepiej. Przewracam się na bok i zasypiam.

12 IX 1980
     Gdy się budzę, klopsiki cały czas stoją w menażce na zimnym juwlu. Pierwsze, co robię, to je wywalam. Gotuję herbatę i jem coś niewielkiego, lekkiego i w miarę smacznego - wybaczcie, ale nie pamiętam, co. Czuję się nie najgorzej, może nawet dobrze. Przyszła obsługa schroniska, korzystam z faktu, ze doba schroniskowa trwa do dziesiątej i idę się próbnie przejść po ulicy. Nogi działają. Głowa nie boli. Nie - nie wracam do Żnina, ale mimo wszystko zamierzam dzień tu zostać, by sytuacja zdrowotna się wyjaśniła. Wracam do schroniska. Nocleg nie będzie mi przedłużony, bo przychodzi wycieczka i zajmuje cały budynek. Nie, niemożliwe, ani jednego łóżka nie będzie. Najbardziej to mi się nie chciało wtedy pakować. Ale jak się już spakowałem... Plecak lekki, idzie mi się śpiewająco. Nie, nie będę szukał innej kwatery. Kierunek - Przełęcz Knurowska.
     Przez cały dzień nie spotykam na szlaku nikogo. Droga na Lubań bezproblemowa. Nie wiem, czy na tym podejściu ktoś się kiedykolwiek zmęczył. Szedłem tam kilka razy, ale nie pamiętam, aby kiedykolwiek było pod górę. Obchodzę miejsce po spalonej bacówce PTTK - betonowa płyta ze śladami budynku. Ładnie widać Tatry.
     Pogoda sympatyczna, nie wieje, łagodne słońce. Gdy tak idę grzbietem, już za szczytem, gdy mijam raz po raz kępy drzew z lewej strony szlaku (z prawej lity las), zza których co rusz wyłaniają sie i chowają Tatry, nagle oświeca mnie myśl, że istnieje jakaś boska siła, której obecności w tej chwili doznaję. Co prawda dopiero za pół roku poznam wiersze Rafała Wojaczka, ale jeden z nich bardzo dobrze nadaje się, by określić tamto uczucie (cytuję z pamięci): "Musi być ktoś, kogo nie znam, ale kto zawładnął mną, moim życiem, mą śmiercią, tą kartką".
     Nawet nie zauważam, kiedy jestem na Przełęczy Knurowskiej. Wysoki budynek stacji turystycznej. Jestem jedynym gościem. Pamiętam, że pięknie sobie wtedy wypastowałem buty.

13 IX 1980
     Nawet nie zauważam, kiedy jestem na Turbaczu. Znów widać pięknie Tatry. W schronisku kilkoro turystów. Posilam się obiadkiem, rześko i ochoczo idę dalej. Pogoda subtelna, miękkie ciepło, już nieco jesienne. Szlak na Polanę Łapsową sympatyczny i wygodny. W schronisku kilkunastu studentów. Miło.

14 IX 1980
     Rano żal wychodzić. Zimne, sportowe poranne powietrze. Znów widać Tatry. Z Matejowej skrót drogą na Klikuszową. W sklepach nic nie ma. Drogą na Przełęcz Sieniawską. Tory kolei zakopiańskiej przekraczam ostrożnie, żeby mnie co nie przejechało. Nie idę ściśle szlakiem, który tu wielkim zakolem, po wododziale, wchodzi do Pieniążkowic. Na skraju wsi znajduję niebieskie znaki prowadzące pasmem Żeleźnicy. Ale co to był za szlak! Znakowany najbardziej dziurawo ze wszystkich. Mokry. Błoto. Jeziora kałuż wielkości tira w poprzek całej drogi. Droga momentami prowadziła przez jakieś bagniste tereny. Pasków na drzewach w ogóle nie wypatruję, idę wg mapy tak, jak powinny prowadzić, co pewien czas się przypominają. W połowie pasma mam zaplanowany nocleg, następny na Hali Krupowej. Schodzę do Podwilka. Robię zakupy w sklepie, w którym nic nie ma, śpię w stodole.

15 IX 1980
     Znów to samo. Błoto, obchodzenie kałuż mokrym lasem, wyciąganie butów z torfiastej trawy. Pod koniec dnia wychodzę na szosę idącą równolegle do pasma Policy, tuż przed podejściem na Czyrniec. Wielka Polana. Piękne, orawskie, obszerne domy. Galeryjki na pięterku, wycinane delikatną piłą ornamenty drewniane.
     Zatrzymuję się przed płotem domu, na ganku którego stoi starsza kobieta i przygląda się, kto to idzie. Rozmawiamy. Sceptycznie zapatruje się na to, by o tej porze jeszcze pchać się w ciemny las. Szybko myślę - jeśli tu zanocuję, mogę ominąć skręt na Krupową, zaoszczędzę z półtorej godziny drogi, a na Markowe i tak droga niedaleka. Wchodzę przez furtkę, zdejmuję plecak. Dostaję królewską jajecznicę. Mleko. Upijam się nim prawie, oczy mi się kleją. Gospodyni rozsuwa szlufanek, kładę karimatę na siennik i walę się spać w tej wielkiej kuchni z tradycyjnym piecem i malowanymi talerzami stojącymi frontem na półkach pod sufitem. Nade mną makatka, śpię jak zabity, bardzo wygodnie. Odpoczynek jak w domu.

16 IX 1980
     Rano budzą mnie odgłosy porannego krzątania, trzaski drewna palącego się pod kuchnią i cichy głos dużego lampowego radia nastawionego na program pierwszy. Znów jajecznica. Moja gospodyni wychowała cztery córki i czterech synów, wszyscy wyjechali do miast: Nowa Huta, Kraków, Katowice... Pokazuje mi zdjęcia sprzed piętnastu lat. Przyjeżdżają czasami do samotnej matki, ale bardzo, bardzo rzadko.
     Podejście pod Cyrniec i potem droga przez Policę to - w porównaniu z trudnościami pasma Żeleźnicy - małe piwo. Tylko przed Przełęczą Jałowiecką czuję się zrobiony w konia: jeśli idę na przełęcz, to powinienem schodzić, z mapy wynika, że jestem tuż - tuż, a tu - jedno podejście, drugie podejście...
     Podchodzę pod Sokolicę. Babia Góra. Znów widać Tatry - jak na obrazku. Pogoda wzorowa. Nie chce się schodzić. Markowe Szczawiny. W schronisku pusto.

17 IX 1980
     Zanim obsługa otworzy cokolwiek, gotuję herbatę na juwlu i ruszam w drogę. Przełęcz Brona, wchodzę jeszcze raz na Babią. Zero ludzi. Ze szczytu podręcznikowy widok na Tatry. Morze Orawskie przykryte mgłami. Spacer na Małą Babią Górę jest samą przyjemnością. Dostaję w kość na podejściu na Mędralową. Schodzę do Korbielowa.
     
Tu w końcu muszę opisać, jak kończyłem większość dni, gdyż zejście z Beskidu Krzyżowskiego do Korbielowa zapisało mi się najbardziej w pamięci. Wielokroć - na pewno przy zejściach z Nad Tysowym, Dzielca, Dzwonkówki, na Łapsową czy z Babiej, a jeszcze i w innych miejscach też, acz nie tak intensywnie - powtarzał się taki sam obrazek: schodzę wprost na słońce, które też schodzi w dół. Świeci równolegle do mnie, na wprost. Ciepłym, wieczornym światłem. Zmieniają się tylko odgłosy i sceneria. W Bieszczadach szum liści i potoków. W Niskim - muzyka łąki i ptaki. W Sądeckim - brzęczenie podwórkowych pił elektrycznych, klepanie kos, stukot pociągu. W Gorcach - traktory i dety manewrujące z drewnem. W Żywieckim i Śląskim - samochody, pianie kogutów, gdakanie kur, muczenie krowy zaganianej do zagrody. Słońce - to samo, kroki - te same, zejście - takie samo.

18 IX 1980
     W Korbielowie nocuję w stacji turystycznej. Pusta. Rano zakupy. Szok w sklepie. Konserwy rybne z tołpygi, dawno nie widziane serki topione, zupy w proszku; jest nawet jedna puszka z klopsami mięsnymi (zaznaczam, że mięsnymi, bo w tamtych czasach to nie było oczywiste) na obiad. Mam nieco zaoszczędzonych dni odpoczynku, więc planuję je skonsumować, skracając trasy. Po zakupach wchodzę na Halę Miziową. Zamierzam po południu wyskoczyć na Pilsko, ale pogoda się psuje.

19 IX 1980
     Wejście na Pilsko w zimnym wietrze i przy słabej widoczności na lekko. Po powrocie na Miziową dalej granicznym szlakiem na Halę Rysiankę. Ani nie zauważam, kiedy jestem. W sumie - dzień odpoczynku. W schronisku jestem jedynym gościem. Pogoda stabilna, słońce. Zostawiam plecak i robię sobie jeszcze spacerek na Lipowską.
     Od Krynicy we wszystkich schroniska (z wyjątkiem Polany Łapsowej) już wczesniej byłem; wiem, czego się spodziewać. Na Rysiance - znany obrazek górali, którzy wieczorem schodzą się do schroniska, by wypić Żywca i w charakterystyczny sposób stukają dwa razy butelką o butelkę, spieniając piwo.

20 IX 1980
     Miłe słonko. Kolejny dzień odpoczynku - zejście do Węgierskiej Górki przez Romankę. Założyłem sobie na tę wycieczkę cztery tygodnie, aby się specjalnie nie śpieszyć, nie zmęczyć zbyt długimi trasami i po prostu pobyć w górach. Do schronisk staram się więc docierać jak najpóźniej.
     Rok 1980 był jednym z bardziej deszczowych - pamiętam do dziś te ulewy z lipca, kiedy ścieżka z Pięciu na Świstówkę była przy schronisku zalana stawem i szło się akrobatycznie, stawiając nogi, między kosodrzewiną. Tymczasem na tej wycieczce udało mi się wylawirować, że deszcz tak naprawdę miałem tylko jeden - ten z Koziego Żebra. Myślałem, że więcej niepogody będę przeczekiwał, wyznaczyłem rezerwę. Teraz ją konsumowałem, skracając trasy.
     W Węgierskiej Górce w upale przedzieram się przez szerokie obniżenie. Chodniki, skrzyżowania, samochody, domy z wypielęgnowanymi w ogródkach kwiatami, wielki most. Już przy lesie, po zachodniej stronie Soły, znajduję stację turystyczną. Pokoje na wysokim poziomie.

21 IX 1980
     Ciepło. Przez Magurkę Radziechowską dochodzę na Baranią Górę. Na szlaku nie spotykam ani jednego turysty. W ogóle, jeśli prześledzić całą trasę, to (nie licząc schronisk, w których czasem było trochę ludzi) na szlakach nie spotykałem praktycznie NIKOGO. Pamiętam kilka pojedynczych i podwójnych ekip z pierwszego dnia - Tarnica, Szeroki Wierch. Na Przełęczy Orłowicza dwie dziewczyny. Nikogo innego nie pamiętam. Mogłem w czasie całej wycieczki minąć się z dziesięcioma - dwudziestoma osobami. Na pewno nie było ich więcej. Z Baraniej schodzę wzdłuż źródeł Wisły do Wisły Czarnego, gdzie nocuję w chatce studenckiej. Sympatycznie, z tym że studentów (oprócz szefostwa) nie ma.

22 IX 1980
     Słońce, ale chłodno. Przez grzbiet Cienków, który mnie wykończył kondycyjnie, schodzę do Wisły Malinki. Trasa wiedzie przez Czupel na Trzy Kopce, a mi się po raz pierwszy nie chce podchodzić. Żal, że wyjazd zbliża się do końca i bunt organizmu przed czynnością, która zbliża mnie do powrotu w doliny? Zmęczenie długością trasy? Za dużo wokół cywilizacji? Nie wiem, w każdym razie tu po raz pierwszy musiałem się zmusić do marszu. Na Trzy Kopce było ciężko, potem równie ciężko przez Orłową i Beskidek na Równicę. Nie można się było skupić. Tu jadą traktory, tu samochody, tam wozy, tu walą drzewa, tam koszą trawę, tu wiercą studnię, tam dach kładą.
     W końcu Równica. Zapamietałem ją z wyjazdu do Ustronia jako bardzo sympatyczne miejsce, teraz wydaje się zimne i nieprzyjazne. Nikt nie nocuje, obsługi jakby nie było.

23 IX 1980
     Na lekko podchodzę na szczyt Równicy. Zejście do Ustronia-Zawodzia. Telegram do domu, że wracam. U fotografa robię sobie pamiątkowe zdjęcie.
     W Ustroniu atmosfera, jak w Krynicy, czym prędzej wywiewam żółtym szlakiem na Małą Czantorię. Po przejściu całej drogi mój szacunek dla "małych" gór wzrósł i cieszę się, że ostatnia jest właśnie "mała". Siedzę na niej długo. Pociąg z Goleszowa wyjeżdża późno, mam kupę czasu.
     Schodzę czarnym szlakiem, nieuchronnie zbliżając się do Goleszowa. Pogoda ochładza się, idą chmury i coś jakby się zanosiło na deszcz. Zmoknąć bez możliwości wysuszenia się przed wejściem do pociągu - nie chcę. Przyspieszam. Droga przez Goleszów ciągnie się. Jakieś fabryki, maszyny za drutami, pogoda też stalowego koloru. Wiatr rzuca piaskiem ze śmieciami. Najpierw na stację. Kupuję bilet, przeliczam dostępną gotówkę. Wracam do restauracji na obiado-kolację, kupuję kilkanaście kartek pocztowych ze znaczkami (poważna wyrwa w budżecie, ale kilka złotych jeszcze do domu przywiozłem). Siedzę, zamawiam herbatę za herbatą i piszę kartki. Tak zastaje mnie zmrok.
     I tu opiszę drugą stop-klatkę, drugą fotografię, ujmującą wycieczkę w ramę. Podjechał pociąg elektryczny z Cieszyna do Katowic, ciemno, zacina drobny deszczyk, a w kadrze widać moją prawą uniesioną nogę, którą zaraz mam postawić na ażurowym stopniu przed rozsuniętymi drzwiami niebiesko-żółtego składu. I myśl: "no to się udało".
     Koniec, kropka. Dalej było jak w Goleszowie - smętnie, deszczowo, ciemno, przemysłowo i ponuro. Katowice, Inowrocław. Osobowy piętrus o 4.25 do Żnina. Gdy staję za dziesięć szósta rano przed drzwiami, ze zdziwieniem zauważam, że klucz od domu zdążył zardzewieć w kieszeni plecaka.
      Pora na podsumowanie. Po dwudziestu ośmiu latach całą trasę widzę ostro, jakbym szedł nią wczoraj. Pewne szczegóły muszę wydobywać z notatek, niemniej wszystko, co najważniejsze się w jej trakcie zdarzyło, nadal jest we mnie. Ile razy później trafiałem na najdrobniejszy choćby fragment tej wycieczki, zawsze odnotowywałem w myślach: tędy wtedy szedłem.
     Wyjeżdżając zastanawiałem się, które pasmo będzie najciekawsze. Dochodząc, anulowałem pytanie. Wszystkie sześć: Bieszczady, Beskid Niski, Sądecki, Gorce, Żywiecki i Śląski przeszedłem z jednakowym zadowoleniem, podziwem dla przyrody, kultury (lub jej resztek), dróg, ścieżek i krajobrazów.
     Zdrowie mi (w zasadzie) dopisało, naciągnięta noga po tygodniu doszła do siebie, przeziębienie z Jaworzca się nie rozwinęło. Trasy starałem się planować oszczędnie, tak że zmęczony pod koniec dnia w zasadzie byłem tylko kilka razy (Wetlińska, Barwinek, Krościenko). Straty najbardziej politycznego z polskich miesięcy też nie odczułem. Ba! Jeszcze parę dni po powrocie nie odczułem, że wróciłem do zupełnie innego kraju, niż ten, z którego wyjeżdżałem. Z gazet jeszcze tego się nie wyczytywało. Przy stole tłumaczono mi: - No jak to, na jakim ty świecie żyjesz, nie wiesz, że teraz są stare związki, branżowe i polityczne - wałęsowskie? Tak po raz pierwszy usłyszałem nazwisko Wałęsa i upewniłem się, że to ten sam gościu, który machał tym wielkim długopisem w telewizji. Ale jakie to ma konsekwencje, jeszcze świadom nie byłem. Dopiero po powrocie na uczelnię wpadłem w środek wrzącego tygla i ten stracony politycznie miesiąc w czwórnasób nadrobiłem w ciągu następnych kilkunastu.
     Co dał mi ten wyjazd? Odpowiem słowami Aleksandra Dolskiego: "priważu ja i nie strany i nie rany, a kakije to niejasnyje sława" (przywożę nie rany, nie podbite kraje, lecz jedynie jakieś niejasne słowa). Co bym więc nie napisał, będzie to dla czytającego niejasne. I niech tak zostanie.

Dominik Księski, maj 2008
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

 

Jurij Kukin, Za mgłą, słowa polskie Jerzy Księski, śpiewa Dominik Księski

 

Scroll to top